Koniec ery Ricka Grimesa w "The Walking Dead". Jak bohater pożegnał się z serialem?

"The Walking Dead" (Fot. AMC)

0

Stało się – Andrew Lincoln odszedł z "The Walking Dead", a wraz z nim w serialu skończyła się era Ricka Grimesa. Jak do tego doszło i co stanie się dalej? Omawiamy z ogromnymi spoilerami.

Umarł Rick, niech żyje Rick – można by ogłosić po 5. odcinku 9. sezonu "The Walking Dead", w którym twórcy dokonali karkołomnego manewru, wypisując z serialu jego głównego bohatera, jednocześnie go nie uśmiercając. Do tego, co w ogóle się stało i na ile sprawdziło się deus ex machina w postaci odlatującego w nieznane helikoptera, jeszcze dojdziemy. Zacznijmy jednak od najważniejszej wiadomości: Rick Grimes przeżył, ale w "The Walking Dead" więcej go już nie zobaczymy.

A będąc bardziej precyzyjnym – nie zobaczymy go już w serialu, bo zaraz po zakończeniu emisji jego ostatniego odcinka, AMC ogłosiło, że Andrew Lincoln wcale nie kończy z graniem Ricka. W przygotowaniu jest bowiem trylogia filmów z jego udziałem, w której zobaczymy dalsze losy bohatera. Odpowiadać ma za nie nadzorujący całe uniwersum "The Walking Dead" Scott M. Gimple, który zapowiedział, że zobaczymy w nich zupełnie inny fragment świata. Zdjęcia do pierwszego mają ruszyć już w 2019 roku.

Rozwiązanie to z pewnością wygodne dla Andrew Lincolna, który przyznawał, że rozstaje się z serialem ze względu na czas, jaki musiał mu poświęcać, przebywając z dala od rodziny. Ale czy tak samo dobre dla "The Walking Dead"? Patrząc na sposób, w jaki ostatecznie pożegnano Ricka, trudno oprzeć się wrażeniu, że można to było zrobić lepiej. Zarazem pojawia się jednak swego rodzaju ulga, że to już naprawdę koniec – nieważne jak, mamy to za sobą, można spokojnie przejść dalej.

thewalkingdead2

No dobrze, to co w takim razie się wydarzyło? Tak jak można było przypuszczać, Rick szybko pozbierał się z fatalnej sytuacji, w jakiej znalazł się w poprzednio, po czym spędził resztę odcinka na nierównej walce z własnym organizmem i hordami zombie. Ciężko ranny, ledwie trzymając się w siodle (a później na nogach), prowadził ogromne stado trupów prosto w pułapkę, jednocześnie raz po raz tracąc przytomność. To zaś było dla twórców okazją, by zafundować jemu i nam kilka wycieczek w przeszłość.

Były zatem nawiązania do pierwszego odcinka, a także kilka już zapowiadanych powrotów. Zobaczyliśmy po raz kolejny Shane'a (Jon Bernthal) oraz Hershela (Scott Wilson), i choć można by przekonywać, że umierający bohater powinien przypominać sobie raczej żonę i syna, to nie będę się czepiał. Widać twórcy wzięli tych aktorów, którzy byli pod ręką. Choć z Sonequą Martin-Green trochę przesadzili, bo nie przypominam sobie, by Sasha i Rick byli sobie szczególnie bliscy. Ale jak mówię – nie ma to wielkiego znaczenia, podobnie jak nie miały sceny z ich udziałem, które, choć całkiem ładne, nie wnosiły do fabuły niczego szczególnego. Rzecz jasna poza wyrywaniem Ricka ze snu w odpowiednim momencie.

Tak zeszło nam do kulminacyjnej sceny, gdy już przytomny i otoczony przez niemogących do niego dotrzeć przyjaciół Rick, dokonuje ostatniego aktu heroizmu, wysadzając w powietrze most pełen zombie i skazując się na śmierć. Tak przynajmniej mieliśmy sądzić. Po to chwilę wcześniej twórcy dali nam fałszywą nadzieję i jeszcze jedną wizję Ricka, w której jego ludzie ratowali go z opresji, by utwierdzić nas w przekonaniu, że do żadnego cudu nie dojdzie. Koniec. Tak by mogło być, gdyby zaraz potem do akcji nie wkroczył nieszczęsny helikopter.

thewalkingdead1

Powiedzmy sobie jedno – to nie jest tragicznie złe rozwiązanie. Po części jest w nim sens, bo wątek Jadis (Pollyanna McIntosh) i jej kontaktu z tajemniczymi ludźmi życzącymi sobie niezidentyfikowanych A lub B, był kilka razy poruszany, więc nie wziął się nie wiadomo skąd. Ratunek wyrzuconego na brzeg Ricka i zabranie go w siną dal brzmi absurdalnie, gdy się o tym pisze, ale w gruncie rzeczy w takiej sytuacji każde rozwiązanie by takim było. Problem więc nie tyle w nim samym, co w tempie, w jakim do niego doprowadzono i uzasadnieniu.

Tego bowiem właściwie zabrakło, przez co ostatnim chwilom Ricka Grimesa towarzyszy pośpiech i swego rodzaju umniejszanie ich znaczenia, na co tak istotny dla serialu bohater zwyczajnie nie zasłużył. Jasne, uratował swoich bliskich, a także zrozumiał, że odnalazł w nich prawdziwą rodzinę. Mimo wszystko trudno pozbyć się myśli, że cała ta historia została spięta naprędce i z przymusu. Andrew Lincoln zapowiedział, że odchodzi, więc trzeba było coś z tym w miarę szybko zrobić. Wyszło przyzwoicie (momentami nawet pojawiły się emocje), ale raczej nic ponadto.

Pośpiech było zresztą czuć nie tylko w wątku Ricka. Weźmy Maggie, dla której również był to ostatni odcinek w serialu (Lauren Cohan ogłosiła, że odchodzi, ale w jej przypadku jest możliwy powrót), więc trzeba było błyskawicznie zamknąć jej sprawy. Starcie z Michonne (Danai Gurira)? Krótka rozmowa i po sprawie. Zemsta na Neganie (Jeffrey Dean Morgan)? Zobaczyła, w jakim jest stanie i to wystarczyło do zmiany zdania. Czy mogło się to skończyć inaczej? Nie sądzę. Czy powinno być przeprowadzone lepiej? Zdecydowanie tak.

thewalkingdead-gif

Z drugiej strony, pojawia się tu wspomniana już ulga. Pewnie, konflikt Ricka z Maggie dotyczący Negana i sposobu, w jaki należy odbudować cywilizację, mógłby zaowocować czymś znacznie lepszym, niż zamknięta w pięciu odcinkach historia. Ale znam "The Walking Dead" już na tyle, by wiedzieć, że przeciąganie nigdy nie kończyło się tu dobrze. Może więc lepiej, że zafundowano nam gwałtowny koniec?

Ostatnie sceny, w których akcja przeskoczyła do przodu aż o 6 lat, dają nadzieję na to, że w serialu rzeczywiście dojdzie do nowego otwarcia. Zapowiedź kolejnych odcinków zdaje się to potwierdzać. Czy nowe "The Walking Dead" będzie lepsze? Będę zadowolony, jeśli po prostu utrzyma poziom z pierwszych odcinków tego sezonu i nie będzie już więcej fundować nam akcji w stylu tej z helikopterem. Raz można to przełknąć, ale co za dużo to niezdrowo.

Kolejne odcinki "The Walking Dead" można oglądać w FOX-ie w poniedziałki o godz. 3:30 rano i 22:00.