Serialowa alternatywa: "Moscow Noir", czyli rosyjska intryga ze skandynawskim sznytem i Karoliną Gruszką

"Moscow Noir" (Fot. Canal+)

0

Szykujcie się na wyprawę do Rosji. "Moscow Noir", które zadebiutuje w Canal+ w niedzielę o 21:00, to wielkie pieniądze, podejrzane interesy i historia wciągająca jak skandynawski kryminał.

Czy w temacie skandynawskiego kryminału da się jeszcze powiedzieć coś w miarę oryginalnego? Pewnie że tak, wystarczy tylko zamiast na północ skierować się na wschód, zmęczonego życiem detektywa zamienić na młodego bankiera, a typowe śledztwo w sprawie morderstwa na zagadkową intrygę z wielkimi pieniędzmi i grubymi rybami finansjery w rolach głównych. Nie brzmi szczególnie ekscytująco? Spokojnie, wystarczy chwila w rosyjskiej scenerii, a zmienicie zdanie.

Będzie to możliwe za sprawą "Moscow Noir" – składającej się z ośmiu odcinków międzynarodowej serialowej koprodukcji Canal+, która zabiera nas do Rosji końca ubiegłego wieku. Rzecz jest oparta na powieści "Maestro z Sankt Petersburga", czyli pierwszej części cyklu "Mroczna Moskwa" autorstwa szwedzkiego duetu, Camilli Grebe i Paula Leandera-Engströma. Zwróćcie uwagę szczególnie na tego drugiego, bo mowa nie tylko o jednym ze współproducentów serialu, ale także osobie, bez której całej tej historii by nie było.

Leander-Engström jest szwedzkim ekonomistą, który żyjąc i pracując w Rosji w latach 90., zdołał bardzo dokładnie poznać środowisko moskiewskich elit finansowych. Te doświadczenia pozwoliły mu z kolei stworzyć osadzoną w tamtejszych realiach fabułę – tak niesamowitą, że aż trudno uwierzyć, by inspirowały ją prawdziwe wydarzenia. Z drugiej strony, jeśli coś podobnego mogło mieć miejsce, to pewnie tylko tam. W końcu Rosja to ponoć nie kraj, tylko stan umysłu. Po obejrzeniu trzech odcinków "Moscow Noir" mogę stwierdzić, że coś w tym jest.

Podobnie musi myśleć główny bohater serialu, Tom Blixen (w tej roli Adam Pålsson, którego możecie kojarzyć z 3. sezonu "Mostu nad Sundem"), Szwed od kilku lat mieszkający w Moskwie i pracujący tam w banku inwestycyjnym. Gdy go poznajemy, jego kariera znajduje się właśnie na poważnym zakręcie, co zmusza go do podjęcia drastycznych działań i zagłębienia się w mroczne obszary rosyjskiego rynku kapitałowego. A że ten pod koniec ubiegłego wieku dopiero się kształtował, czerpiąc zarówno z postsowieckiego dziedzictwa, jak i zasad kapitalizmu, to bynajmniej nie był terenem, na którym panowały jasne i zdrowe zasady. Wręcz przeciwnie, nazwa "Dziki Wschód" wciąż pasowała do niego jak ulał, co szybko sobie sami uświadomicie.

O ile bowiem na pierwszy rzut oka "Moscow Noir" może sprawiać wrażenie historii jakich wiele, im bardziej zagłębicie się w fabułę, tym więcej dostrzeżecie w niej nietypowych elementów. Zaczyna się jeszcze dość standardowo, przywołując wspomnienia innych osadzonych w świecie finansów thrillerów (by wspomnieć duńskie "Follow the Money" czy niemiecką "Bankową grę"), ale ten stan rzeczy nie utrzymuje się długo. Gdy śledztwo w sprawie tajemniczej spółki naftowej poprowadzi Toma w coraz dziwniejsze i oczywiście śmiertelnie niebezpieczne rejony, łatwo przegapić moment, gdy przyziemna, kręcąca się wokół pieniędzy opowieść obiera trudny do przewidzenia kierunek.

© Johan Philips

© Johan Philips

"W Rosji jedyną stałą jest chaos" – pada w pierwszym odcinku i można to uznać za hasło przyświecające całemu serialowi. Ten potrafi w mgnieniu oka zamienić ociekające przepychem wnętrza na biedną rosyjską prowincję albo przenieść się z nudnego biura na surrealistyczną imprezę w rzymskim stylu. Ba, nawet połączenie jednego z drugim nie jest tu wykluczone. Bo czemu miałoby być? Skoro obok siebie mogą tu stać interesy złowrogich korporacji i bardziej swojskich "biznesmenów", którzy rozmowy o pieniądzach przetykają cytatami z Maksyma Gorkiego, to wydarzyć może się dosłownie wszystko.

Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że pomimo często rządzącego na ekranie chaosu, fabuła "Moscow Noir" poprowadzona jest całkiem zgrabnie i trudno się w niej pogubić. Nie musicie się więc obawiać tematyki, bo ta stanowi w gruncie rzeczy tylko tło dla historii, którą rozumie się intuicyjnie. Mamy zatem jednostkowych bohaterów, kierujące nimi osobiste motywacje i mające na nie wpływ tajemnice z przeszłości (żaden serial się bez nich nie obejdzie), ale jednocześnie wyraźnie widać ogólną opowieść o zmieniającym się kraju.

Obdzierając "Moscow Noir" z sieci intryg, otrzymamy więc zaskakująco prostą i zatopioną w swego rodzaju nostalgii historię o współczesnej Rosji. Miejscu, w którym tradycja spotyka się z nowoczesnością, szlachetne idee z trudem przebijają się do powszechnej świadomości, a moralność stanowi ciągle dość egzotyczny koncept, ale też takim, któremu nie sposób odmówić uroku i autentyczności. I nie, wcale nie chodzi tu o obficie lejącą się w serialu wódkę, ale o coś, co nazwałbym rosyjską duszą. A przyznaję, że tej nie spodziewałem się ujrzeć w tego rodzaju międzynarodowej produkcji, nawet w niewielkim stopniu.

© Johan Philips

© Johan Philips

Widać zatem, że twórcy serialu (na czele z reżyserem Mikaelem Håfströmem) nie poszli na łatwiznę, po prostu osadzając akcję na "dziewiczym" terytorium, ale wyciągnęli z tego coś więcej. I bardzo dobrze, bo dzięki temu łatwiej jest przymknąć oko na wady produkcji, jak choćby kulejącą momentami logikę, którą łatwo zrzucić na karb rosyjskiego podejścia. Usprawiedliwić sztuczne dialogi już trudniej (zwłaszcza te wygłaszane po angielsku, po szwedzku i rosyjsku "Moscow Noir" brzmi znacznie lepiej – przynajmniej tak sądzę), ale na szczęście nie odbierają one satysfakcji ze śledzenia historii.

Ta zaś szybko się rozwija i, wzorem bardziej klasycznych skandynawskich kryminałów, nie skupia się tylko i wyłącznie na podstawowej intrydze. Równie istotny jest więc nasz główny bohater i trapiące go wątpliwości. Zarówno te dotyczące kwestii zawodowych, jak i prywatnych, gdzie na horyzoncie pojawia się grana przez Karolinę Gruszkę Olga. Nie chcąc tu zdradzać za wiele, mogę powiedzieć, że ich relacja nie jest do końca oczywista, pasując tym samym do całego serialu, w którym właściwie nikt i nic nie jest jednoznaczne. Każdy ma tu coś za uszami, za każdym kryje się jakaś tajemnica, każdy wreszcie może Was zaskoczyć, zmuszając do zmiany już wyrobionego zdania na swój temat.

Pozostaje liczyć, by ten stan rzeczy utrzymał się do samego końca, bo o samą scenariuszową intrygę i to, że twórcy będą potrafili podtrzymać dotychczasowe tempo, jestem dość spokojny. Nie przesadzając może z komentarzami, że "Moscow Noir" to zupełnie nowe oblicze popularnego gatunku, serial Canal+ można już spokojnie zaliczyć do grona produkcji, w których rzemieślnicza sprawność idzie w parze z oryginalnością. A o tę w dzisiejszej telewizji coraz trudniej.

Premiera "Moscow Noir" na antenie Canal+ 13 stycznia o godz. 21:00, a już teraz dwa pierwsze odcinki są dostępne w serwisach nc+GO i player+. Kolejne będą się pojawiać w każdą środę przed niedzielną emisją w telewizji.