"I Am the Night" to świetna historia i gorsza ekranizacja – recenzja serialu z Chrisem Pine'em

"I Am the Night" (Fot. TNT)

0

Nastolatka szuka prawdy o swoim pochodzeniu, trafiając na trop słynnej zbrodni. Wszystko oparte na faktach i z Chrisem Pine'em w obsadzie. Czy to mogło się nie udać? Drobne spoilery.

Znacie nazwisko Hodel? Jeśli interesują was tajemnicze zbrodnie sprzed lat, to bardzo prawdopodobne, że właśnie w głowach zaświeciła się wam lampka powiązana ze sprawą Elizabeth Short, szerzej znanej jako Czarna Dalia. A tę nazwę może kojarzyć już więcej osób, w końcu dotyczy jednego z najsłynniejszych zabójstw w historii. W nowej produkcji stacji TNT nie chodzi jednak o nie. Przynajmniej nie do końca.

"I Am the Night", czyli serial limitowany autorstwa Sama Sheridana (mąż Patty Jenkins, która jest współproducentką i reżyserką pierwszych dwóch odcinków), odnosi się bowiem do słynnej sprawy z 1947 roku tylko pośrednio. Na pierwszym planie jest tutaj prawdziwa historia Fauny Hodel (India Eisley) – wychowanej przez czarnoskórą matkę zastępczą nastoletniej dziewczyny z Nevady, która niemal dwadzieścia lat po tamtych wydarzeniach dowiedziała się, że jest z nimi w pewien sposób powiązana. Konkretnie przez swojego dziadka, George'a Hodela (Jefferson Mays), głównego podejrzanego w do dziś nierozwiązanej zagadce makabrycznego morderstwa.

iamthenight2

Brzmi to wszystko dość skomplikowanie, ale mogę was zapewnić, że w rzeczywistości takie nie jest. Wręcz przeciwnie, im bardziej zagłębicie się w "I Am the Night" (widziałem pięć z sześciu odcinków), tym wyraźniej zobaczycie, że z początkowo zawiłej układanki wyłania się całkiem prosta historia. Chyba nawet za prosta, zważywszy na potencjał, jaki w niej tkwił.

Za punkt wyjścia posłużyła twórcom autobiograficzna książka Fauny Hodel "One Day She'll Darken", w której ta opisała swoje trudne dzieciństwo i młodzieńcze lata, po części odnosząc się też do tajemnicy swojego pochodzenia. W serialu poprzestawiano jednak akcenty, do prawdziwej historii dziewczyny dopisując kryminalną intrygę w stylu neo-noir, przywodzącą na myśl "Chinatown" czy "Tajemnice Los Angeles". I choć pomysł wydawał się co najmniej obiecujący, efekt jest niestety daleki od oczekiwań. Ale po kolei.

Mamy rok 1965, w miasteczku Sparks w Nevadzie poznajemy Faunę (jeszcze posługującą się imieniem Pat), białą nastolatkę żyjącą w czarnym środowisku w przeświadczeniu, że inny kolor skóry zawdzięcza nieznanemu ojcu. Oczywiście nie trwa to długo i dziewczyna szybko dowiaduje się prawdy o swojej przeszłości. A raczej jej części, bo reszta jest ukryta gdzieś w zakamarkach Los Angeles, gdzie przenosimy się, by odszukać jej dziadka, znanego w towarzyskich kręgach lekarza i zaginioną w tajemniczych okolicznościach prawdziwą matkę.

iamthenight1

Tyle o Faunie, w końcu ta historia ma również drugiego bohatera. Tym jest już w stu procentach fikcyjny reporter, Jay Singletary (Chris Pine), którego błyskotliwie zapowiadająca się kariera załamała się gwałtownie przed laty, kiedy wszedł w drogę znanemu skądinąd George'owi Hodelowi. Gdy więc jego ścieżki przecinają się z Fauną, dostrzega w tym szansę powrotu do starej sprawy, odbudowania swojej kariery, a może przy okazji odkrycia czegoś zupełnie nowego.

Wszystko to układa się w dość oczywistą całość, na której szczegóły łatwo wpaść, nawet jeśli w sprawie Czarnej Dalii i okolicach jesteście kompletnie zieloni. Trudno oczywiście było oczekiwać od twórców obmyślania historii na nowo, jednak chociaż odrobina inwencji z pewnością by nie zaszkodziła. Albo przynajmniej udawanie, że mają jakieś oryginalne pomysły, a ich osobisty wkład nie kończy się na wpisaniu George'a Hodela w opowieść, w której być go nie powinno (w rzeczywistości opuścił Stany w 1950 roku, gdy podejrzenia wobec niego zaczęły się nasilać, by wrócić dopiero czterdzieści lat później).

"I Am the Night" niczego podobnego jednak nie oferuje, mając za to w zanadrzu całe mnóstwo klisz kryminalno-noirowo-obyczajowych, wśród których porusza się ze zmiennym szczęściem. Trafiamy m.in. do świata elit – obowiązkowo dekadenckiego i pełnego imprez wyciągniętych żywcem z Kubrickowskich "Oczu szeroko zamkniętych". Mamy kilku porządnych ludzi, którzy jednak nie mogą wiele w starciu z ponurą rzeczywistością, więc zostaje im zapijanie własnego zgorzknienia w barze. Są też oczywiście kwestie rasowe, bo wymusza je pochodzenie Fauny. No właśnie, wymusza, bo potencjalnie fascynującą historię alienacji i odkrywania własnej tożsamości przez bohaterkę sprowadza się tu do paru rasistowskich banałów, które nie mogą robić szczególnego wrażenia dzisiaj, gdy twórcy prześcigają się w kreatywnym podejściu do tego tematu.

iamthenight4

Jest jeszcze Jay, który bynajmniej nie wyróżnia się oryginalnością na tle pozostałych. Ba, jeśli oglądacie równolegle 3. sezon "Detektywa", to w oczy rzuci wam się zaskakująco duże podobieństwo w podejściu twórców do motywu stresu pourazowego. Tak, tak, nasz reporter ma wojskową przeszłość z Korei, daje mu się ona we znaki, więc radzi sobie z nią za pomocą alkoholu i narkotyków, stopniowo pogrążając się jeszcze bardziej. No nie są to wyżyny scenopisarstwa, nie ma co się oszukiwać. W tym przypadku jednak, o dziwo, wątek bohatera się broni.

Zasługa w tym w głównej mierze Chrisa Pine'a, który jest nie tylko głośnym nazwiskiem mającym przyciągnąć uwagę do serialu, ale też jego bez dwóch zdań największą atrakcją i najlepszym powodem, dla którego na "I Am the Night" można jednak zerknąć. W gruncie rzeczy Jay jest jedyną postacią, która wznosi się tu ponad scenariuszowe schematy i daje oznaki życia, co zawdzięczać możemy tylko naturalnej charyzmie i ekranowej energii Pine'a. Tak zajmującej, iż momentami naprawdę łatwo zapomnieć, że to nie jest jego serial – Jay robi tu przecież tylko za tło dla historii Fauny.

Choć może powinienem napisać "ma robić", bo odczucia podczas seansu są zgoła odmienne. W tym zaś wina zarówno scenariusza, jak i niestety Indii Eisley, która nijak nie potrafi uwiarygodnić swojej bohaterki. Mimo że dowodami na autentyczność historii wręcz rzuca się nam w twarz (odcinki kończą archiwalne zdjęcia), wcześniej na ekranie nie ma po niej śladu. Ot, kolejna kryminalna opowieść z wyczuwalnymi na kilometr zwrotami akcji i tekturowymi postaciami. Na czele z nieprzekonującą główną bohaterką, która na przestrzeni sezonu przeżywa jeden dramat za drugim, lecz spływa to po niej jak woda po kaczce.

I Am the Night

Oczywiście przesadą byłoby przy tym zrzucać całą winę na młodą aktorkę, bo "I Am the Night" cierpi na wielu innych polach. Po oczach bije fabularna sztuczność, a na porządku dziennym są wyjątkowo pretekstowe sceny i nieprzekonujące powiązania pomiędzy wątkami. Motywacje bohaterów bywają niejasne, potrafią się też wykluczać pomiędzy kolejnymi odcinkami. Relacji pomiędzy postaciami nawet nie próbuje się uwiarygodnić, a od słuchania przesiąkniętych pretensjonalnymi kwestiami dialogów chwilami zgrzytają zęby.

Trudno w takiej sytuacji pocieszać się faktem, że produkcję TNT można mimo wszystko uznać za oglądalną, a nawet pochwalić za kwestie realizacyjne. W tych nie mam "I Am the Night" absolutnie niczego do zarzucenia, bo serial wygląda i brzmi nienagannie. Nieważne, czy akurat zabiera nas w krąg śmietanki towarzyskiej Los Angeles sprzed lat (zdjęcia powstawały m.in. w autentycznej rezydencji George'a Hodela – John Sowden House), czy w znacznie mniej elitarne miejsca, sugestywnie oddaje ich atmosferę, pozwalając przynajmniej w ten sposób zanurzyć się w ówczesnym klimacie. Inna sprawa, że tym przesiąknięta powinna być przede wszystkim sama historia, czego tutaj bardzo brakuje.

Koniec końców dostajemy w najlepszym razie tylko poprawną produkcję, przy której prędzej się wynudzicie (dobrze chociaż, że całość jest rozsądnej długości), niż będziecie w napięciu wyczekiwać, co dalej. Nie ukrywam, że jestem tym faktem rozczarowany, bo po zapowiedziach i nazwiskach stojących za "I Am the Night", spodziewałem się znacznie więcej. Może aż za dużo i przez to teraz tak narzekam? Możliwe, ale nie ulega wątpliwości, że opowiadana tu historia zasługuje na lepszą ekranizację.

Dwa pierwsze odcinki "I Am the Night" są już w HBO GO. Kolejne co wtorek.