"What We Do in the Shadows", czyli wampiry, jakich nie znacie – recenzja premiery nowego serialu FX

"What We Do in the Shadows" (Fot. FX)

0

Był film, jest serial. Ten schemat nie zawsze działa, ale całkiem możliwe, że w przypadku "Co robimy w ukryciu" i jego telewizyjnej wersji rzeczywiście się uda. Spoilery z pierwszego odcinka.

Od absolutnie zbędnych, żerujących na popularności oryginałów kopii, do pomysłowych i oryginalnych wariacji. Serialowe wersje filmów mniej i bardziej znanych wprawdzie nie są dziś w telewizyjnym światku tak powszechne jak jeszcze jakiś czas temu (wyparła je mania remake'owania), ale przerobiliśmy ich kiepskich wariantów już tyle, by na każdy patrzeć co najmniej podejrzliwie. "What We Do in the Shadows", czyli przeniesiona na mały ekran komedia "Co robimy w ukryciu", może jednak być wśród nich kolejnym chlubnym wyjątkiem.

Co robimy w ukryciu – serial na podstawie filmu

Inna sprawa, że już przed premierą mieliśmy przesłanki, by liczyć na coś więcej niż popłuczyny po świetnym oryginale. Przede wszystkim w osobach twórców – Jemaine'a Clementa ("Flight of the Conchords", "Legion") i Taiki Waititiego ("Thor: Ragnarok") – którzy nie ograniczyli się do użyczenia nazwisk w napisach końcowych, ale mocno zaangażowali się w powstanie serialu. Pierwszy został jego twórcą i scenarzystą, drugi pełni funkcję producenta i wyreżyserował pierwszy odcinek. Można zatem było zakładać, że nie pakowaliby się w pozbawiony sensu projekt.

Jeszcze większym optymizmem napawał jednak fakt, że w przeciwieństwie do praktycznie wszystkich innych serialowych wersji filmów, tutaj przenosiny na mały ekran wydawały się rzeczywiście racjonalne. Zastosowana w oryginale forma mockumentu pasuje wszak do telewizji jak ulał, a znalezienie pomysłów na dziesięć półgodzinnych odcinków nie brzmiało jak kompletny absurd. Nadzieje na dobry serial miały zatem solidne podstawy, co nie zmienia faktu, że i tak wszystko mogło pójść nie tak.

What We Do in the Shadows - komedia o wampirach

W tym przypadku czarny scenariusz się chyba jednak nie spełni. Przynajmniej jeśli sądzić po premierowym odcinku, który choć stanowił w dużej mierze powtórkę z rozrywki, pokazał przy tym, że format bynajmniej się nie wyczerpał. Ba, tkwią w nim pokłady niewykorzystanego potencjału, które tylko czekają, aż twórcy wydobędą je na światło dzienne. W przeciwieństwie oczywiście do krwiopijczych bohaterów serialu, bo ci wolą znacznie ciemniejsze zakamarki.

Rzecz w tym, że poza typowymi uciążliwościami towarzyszącymi byciu wampirami, mieszkający wspólnie w Nowym Jorku Nandor (Kayvan Novak), Laszlo (Matt Berry) i Nadja (Natasia Demetriou) muszą się w swoim wiecznym życiu zmagać również z innymi problemami. Począwszy od trudów codzienności (ekrany dotykowe i nieumarli to nie jest dobre połączenie) i skomplikowanych relacji między sobą (Laszlo i Nadja są parą od jej pierwszego ugryzienia); poprzez wyjątkowo męczącego współlokatora Colina Robinsona (Mark Proksch); aż po starożytnego wampira Barona Afanasa (Doug Jones), który wpadł z wizytą kontrolną, by sprawdzić, jak jego podopiecznym idzie podbój Nowego Świata.

No właśnie, jak się już pewnie domyślacie, zważywszy na to, że cała trójka mieszka na Staten Island, to ostatnie wychodzi im mocno średnio. To znaczy ciągle są krwiożerczymi bestiami mającymi za nic ludzkie życie, ale jakoś nie palą się do bardziej ambitnych zadań. Czego się jednak po nich spodziewać, skoro nawet własne ofiary potrafią zostawić w połowie upite? Niestety dla naszych bohaterów, wraz z przybyciem Barona sytuacja ma się zmienić, trzeba zatem zakasać rękawy i brać się do roboty.

Póki co możemy się tylko domyślać, jak dokładnie będzie to wyglądać, za to spokojnie można zakładać, że nie zabraknie czystego absurdu jeszcze spotęgowanego względem zwykłych komedii. W końcu te rzadko posiadają nadnaturalne elementy, które tutaj nie tylko są, ale też zadziwiająco dobrze sprawdzają się w relacji z mockumentem. Podglądając codzienność wampirów wymieszaną z całkiem przyziemnymi sprawami osiągnięto cudownie niedorzeczny efekt, jakiego próżno szukać gdziekolwiek indziej. I to nawet pomimo niezaprzeczalnego faktu, że jeśli widzieliście film, to znajdziecie tu sporo znajomych motywów.

Co robimy w ukryciu – serial prawie jak film

Te bowiem nie rzutują na obraz całości – podobnej, ale jednak znacząco innej od pierwowzoru, która to różnica z czasem powinna się jeszcze bardziej uwydatniać. Bo już po pierwszych trzydziestu minutach, które służą za rodzaj wprowadzenia widzów w realia zwariowanego świata, widać, że Clement i spółka nie zamierzają się powtarzać. Obok znanych pomysłów w odświeżonym wydaniu pojawiają się więc całkiem nowe, jeden lepszy od drugiego.

Ot, choćby czwarty wampirzy współlokator w osobie wspomnianego Colina Robinsona. Wampir o tyle niezwykły, że zamiast krwią żywi się energią, którą wysysa z ofiar, zanudzając je na śmierć długimi rozmowami. Dodajmy do tego aparycję kujonowatego księgowego i reakcje innych bohaterów na Colina, a otrzymamy jedną z wielu uroczych drobnostek, które razem tworzą jedyną w swoim rodzaju, przerysowaną i bardzo zabawną mieszankę. Nawet jeśli humor to z gatunku mocno nieoczywistych, dość krwawych i czasami nawet wzbudzających lekki dreszcyk.

Tak specyficzne podejście może jednak z największego atutu "What We Do in the Shadows" szybko zmienić się w jego wadę. Nietrudno przecież wyobrazić sobie sytuację, gdy karykaturalne postaci nam się znudzą, nawet jeśli twórcy wzniosą się na wyżyny kreatywności. Na dłuższą metę zawsze potrzebna jest jakiegoś rodzaju więź widzów z nawet najbardziej idiotycznymi bohaterami, o co w tutejszym przypadku wyjątkowo ciężko, ale nie jest to zadanie niewykonalne.

Zalążki tego prcoesu już widać, czy to za sprawą niejakiego Guillermo (Harvey Guillen) – ludzkiego towarzysza, przyjaciela i niewolnika Nandora w jednym, któremu łatwo współczuć, widząc, jak bardzo jest niedoceniany; czy jego pana, pozującego na bezwzględnego potwora, ale w gruncie rzeczy mającego zupełnie inny charakter (brokat!). Zresztą rozpaczliwie szukająca dawnej miłości Nadja i dandysowaty Laszlo też mają w sobie coś więcej niż czystą groteskę. Całe to barwne towarzystwo już teraz świetnie bawi, ale czy da się z nich wykrzesać jakieś autentyczne emocje? Tak, jestem w stanie sobie to wyobrazić.

I to właśnie w tym połączeniu szeregu kapitalnych pomysłów z dobrze napisanymi postaciami upatrywałbym największej siły produkcji stacji FX. Niezwykłych komedii, które nie potrafiły w zajmujący sposób sprzedać swoich wymyślnych konceptów widzieliśmy już całkiem sporo – ta ma szansę się przebić nie tylko dzięki niemu, co dobrze jej wróży na przyszłość. Pozostaje trzymać się obranego kursu. No i podbijać świat, rzecz jasna. Zaczynając od Staten Island.