"Obsesja Eve" nie zmienia tonu i kontynuuje pościg – recenzja premiery 2. sezonu

"Obsesja Eve" (Fot. BBC America)

0

Bez Phoebe Waller-Bridge za sterami, ale w tym samym, niedającym się z niczym porównać stylu. Powrót "Obsesji Eve" zapowiada nie mniejsze emocje niż poprzednio. Spoilery.

Jedna dźgnięta nożem, ledwie żywa i uciekająca przed zabójcami, druga dźgająca, roztrzęsiona i dla odmiany uciekająca przed zabójcami. Wprawdzie na starcie 2. sezonu "Obsesji Eve" bohaterki serialu zdecydowanie nie są w najlepszej formie, on sam zaczyna się z marszu, od razu wrzucając nas w sam środek dynamicznej akcji. No ale skoro startujemy dokładnie trzydzieści sekund po dramatycznych wydarzeniach, jakich świadkami byliśmy poprzednio, to nic dziwnego, że na dłuższe przestoje zwyczajnie nie ma czasu.

Oczywiście nie jest to powód do narzekań. Po pierwsze dlatego, że z szybkim tempem "Obsesji Eve" bardzo do twarzy, a po drugie odwraca ono uwagę od faktu, że otwarcie nowego sezonu to nic innego, jak tylko dłuższa zapowiedź wrażeń, jakie czekają nas w najbliższej przyszłości. Wprowadzenie, które w innym serialu mogłoby przybrać formę nużącego prologu, tutaj jest więc naturalną konsekwencją dotychczasowego przebiegu akcji, uatrakcyjnioną kilkoma smakowitymi drobiazgami. O nudzie nie może być zatem mowy, o co dbają nadal w głównej mierze wspomniane na początku bohaterki: psychopatyczna morderczyni i ścigająca ją agentka MI6.

Obsesja Eve sezon 2 – zabawa w kotka i myszkę trwa

Choć z kwestią, kto kogo tutaj ściga, trzeba uważać, bo w tym sezonie rozmyła się ona nawet bardziej niż wcześniej. Podobnie rzecz ma się z pytaniem, kto w tej grze jest po właściwej stronie i co to właściwie oznacza. Bo o ile przebranych za ratowników medycznych Rosjan, którzy przyszli zabić Villanelle (Jodie Comer) w jej paryskim mieszkaniu, trudno uznać za tych dobrych, o tyle już sklasyfikować po jednej ze stron choćby taką Carolyn (Fiona Shaw), jest wyjątkowo trudno.

Coś na ten temat wie Eve (Sandra Oh), nie dość, że skonfundowana całym tym zamieszaniem, to jeszcze oszołomiona wbiciem noża w brzuch swojej prześladowczyni. Czy to bardziej szok wywołany tym zajściem, czy autentyczne przerażenie, że zabiła człowieka? Pewnie mieszanka jednego i drugiego, ale też chyba nikt nie ma wątpliwości, że gdyby nasza bohaterka wiedziała, że Villanelle zdołała ujść z życiem, to by jej ulżyło. Przynajmniej na chwilę, dopóki nie zaczęłaby się na nowo martwić o siebie, bo wiadomo, że żywiąca na twoim punkcie niezdrową obsesję i dodatkowo wściekła szalona zabójczyni to nic dobrego.

Upraszczając, można powiedzieć, że zarówno Eve, jak i Villanelle mają powody, by się nawzajem znaleźć i to najlepiej szybciej, niż zrobi to ta druga. Zabawa w kotka i myszkę trwa więc w najlepsze, po drodze zahaczając o wciąż bliżej niezidentyfikowaną aferę o coraz większym zasięgu i łączącą obydwie kobiety przedziwną więź. Mamy tam bez wątpienia żądzę mordu ze strony Villanelle, ale też na pewno da się w niej wyczuć rosnący podziw i jeszcze większą niż dotychczas fascynację. Tak samo zresztą u Eve, które w równym stopniu szczerze martwi się losem zabójczyni, co myśli o niej z przerażeniem. Cóż, z miłości nie tylko robi się głupie rzeczy – jak widać, czasem też trudno ją opisać.

Obsesja Eve – humor i szok w niezwykłym wydaniu

Póki co jednak wstrzymałbym się jeszcze z nazywaniem "Obsesji Eve" najdziwniejszym romansem wszech czasów. Przynajmniej dopóki jasne nie staną się intencje Villanelle, która krok po kroku zbliża się do swojej ofiary/kochanki, pozostawiając za sobą rzecz jasna doskonale znany ślad. Tym razem nie tak krwawy, jak to wcześniej bywało, ale chyba nawet bardziej szokujący, bo szybkie rozwiązanie wątku Gabriela (Pierre Atri) to rzecz mocna nawet jak na tutejsze pokręcone standardy.

Zresztą można to powiedzieć o całym pobycie Villanelle w szpitalu, który otworzył przed twórcami jeszcze jedną możliwość bliższego zaprezentowania psychopatycznej osobowości bohaterki. Skorzystali z niej oczywiście w znajomy sposób, dając nam historię absurdalną (to obrzydzenie na widok kroksów!) i skrzącą się od czarnego humoru (tylko tu mogą ujść na sucho żarty z dawania fałszywej nadziei bliskim śmiertelnie chorych pacjentów), co tylko potęgowało dotychczasowe wrażenie na jej temat.

Nic jednak nie mogło zrobić większego wrażenia, niż historia osieroconego i oszpeconego w wypadku chłopaka, bo to dzięki niej jak na dłoni dostaliśmy ten obraz Villanelle, który mógł się zacząć wymykać między kolejnymi pokazami czarnej ironii. Zobaczyliśmy zatem nie tylko dorosłą kobietę o dojrzałości emocjonalnej młodej dziewczyny, co zdolną do wszystkiego socjopatkę. Niby nic w tym nowego, jednak nie przypominam sobie, by wcześniej w potwornych czynach bohaterki można było dopatrywać się szczególnej dwuznaczności. Tutaj natomiast usprawiedliwione jest myślenie, że zabijając Gabriela, na swój sposób okazała mu współczucie – co dla nas szokujące, dla Villanelle może być bowiem całkiem naturalne, a nawet właściwe.

Zabójczy duet z Obsesji Eve nadal w formie

Jasne, można przyjąć, że to po prostu kolejny wyskok szalonej zabójczyni i doszukiwanie się czegoś więcej, byłoby dorabianiem zbędnych teorii do czysto odjechanej historii. Sądzę jednak, że twórcy "Obsesji Eve" za dobrze wiedzą, co robią ze swoim serialem, by pozwolić mu zostać kolejną tego typu banalną historyjką. Zaczynając sezon od tak mocnego uderzenia, dobitnie przypominają nam, by dobrze się przy nim bawiąc, nie tracić z oczu faktu, że gdzieś za przerysowanymi postaciami i nonsensownymi gierkami kryją się jednak prawdziwi ludzie.

A o tym czasami łatwo zapomnieć, zanurzając się po szyję w wykreowanej tu wizji i parze absolutnie niezwykłych bohaterek. Duecie tak doskonałym i uzależnionym od siebie, że nawet gdy zostaje rozdzielony, na każdą patrzy się głównie przez pryzmat obsesji względem drugiej. Groźnej w przypadku Villanelle i zupełnie innej, choć nie mniej intensywnej, w przypadku Eve. No ale cóż, ludzie są różni. Ktoś na przykład dla odreagowania stresu zabije nastoletniego chłopca, a ktoś inny sprawi sobie komplet nowych okien. Bo czemu nie?

W żaden sposób nie da się tego nazwać normalnym, ale jak ktoś tu powiedział: "Normalność to nuda". Jeśli "Obsesja Eve" nadal będzie się tego trzymać, tylko od czasu do czasu sprawdzając, czy nie odleciała za daleko od ziemi, to nawet mniejsze zaangażowanie Phoebe Waller-Bridge w produkcję (w obowiązkach showrunnerki i głównej scenarzystki zastąpiła ją Emerald Fennell) nie powinno mieć wpływu na jakość serialu.

Nowe odcinki Obsesji Eve na HBO GO w soboty