"Fleabag" znów łamie serca, ale daje też nadzieję – recenzja finału 2. sezonu

"Fleabag" (Fot. BBC)

0

Jeśli istnieje przepis na idealne zakończenie, to Phoebe Waller-Bridge musi go znać. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że twórczyni "Fleabag" po raz kolejny stworzyła finał doskonały? Spoilery.

Powiecie, że kwestia świetnego zakończenia nie może w żaden sposób zaskakiwać – wszak "Fleabag" od początku tego sezonu prezentowała rewelacyjny poziom (co miało odbicie w naszych hitach, gdzie lądowała co tydzień), więc to naturalna kolej rzeczy. Biorąc jednak pod uwagę wspomnienie poprzedniego finału czy choćby prawdopodobny koniec serialu, poprzeczka wisiała na naprawdę wysokim poziomie. W tym przypadku nie wystarczyło po prostu zamknąć wszystkich wątków, lecz trzeba było raz jeszcze sprostać emocjonalnemu wymiarowi tak bliskiej wielu widzom historii.

A jak bardzo osobistą opowieścią stała się "Fleabag" dla wielu odbiorców, mogłem ocenić po samym sobie, w każdym odcinku nie tylko zaśmiewając się do łez, ale też mocno przeżywając losy tytułowej bohaterki. Aż do poprzedniego tygodnia, gdy ta wreszcie dopięła swego, zaciągając seksownego księdza (Andrew Scott) do łóżka i symbolicznym gestem odsuwając od siebie oko zawsze jej towarzyszącej kamery. Teraz już tylko wielki finał i będzie można ogłosić, że żyli długo i szczęśliwie – chciało się myśleć. Zdrowy rozsądek podpowiadał jednak, że to nie taki rodzaj historii i musi być w tym wszystkim jakiś haczyk.

Fleabag – idealny finał 2. sezonu

No i był, a w oczekiwaniu na niego denerwowałem się co najmniej tak, jak matka chrzestna (Olivia Colman) wypatrująca z niepokojem, co tym razem odstawi jej już prawie że pasierbica. W końcu planując idealny ślub, wzięła pod uwagę nawet odpowiednio imponujący dobór zaproszonych przyjaciół (biseksualny syryjski uchodźca, surogatka, głuchoniemy i oczywiście obowiązkowa lesbijka), więc nie mogła pozwolić, by coś zepsuło ten dzień. Pech chciał, że niebezpieczeństwo nadeszło z niespodziewanej strony.

O ile bowiem Fleabag zachowywała się wyjątkowo grzecznie (nawet oddała wiadomą statuetkę, nie bez wyraźnie widocznej satysfakcji), to już jej siostra wybrała sobie ciekawy moment na brutalne rozwiązanie małżeńskich problemów. Wychodząc więc od jakże uroczego tekstu: "Przepraszam, ale ktokolwiek poronił, czy możecie przejść z tym do kuchni?", dostaliśmy pierwszą z istotnych konfrontacji w tym odcinku. I od razu ręce składały się do oklasków – przynajmniej wtedy, gdy już zdążyliśmy wyjść z szoku.

Bo musicie przyznać, że widok Claire (genialna Sian Clifford) klęczącej przed swoim okropnym mężem (doskonale obrzydliwy Brett Gelman) i błagającej, by ją zostawił, to nie jest coś, czego należało się spodziewać. Awantura? Tak, to byłoby zrozumiałe. Claire wyrzucająca, co jej leży na wątrobie, a potem mimo wszystko zostająca z Martinem? To nawet bardziej. I właśnie dlatego pozornie upokarzający gest z jej strony był pokazem siły i determinacji, jakiej u tej bohaterki dotąd nie widzieliśmy. Jeśli potrzebowaliście dowodu, że w finale będą się dziać wielkie rzeczy, to lepszego nie można było dostać.

Fleabag, czyli emocje na wysokim poziomie

A okazał się on zaledwie pierwszym z istotnych wydarzeń, z których kolejne miało miejsce na strychu, przy okazji uwalniania tkwiącej w dziurze stopy. Bo niby dlaczego nie? Przecież każdy moment na szczerą rozmowę między bliskimi jest dobry, zwłaszcza gdy nie dochodzi do nich zbyt często. No ale trudno się dziwić, skoro sam ojciec Fleabag (Bill Paterson) przyznał, że choć ją kocha, to nie jest pewien, czy zawsze ją lubi. Ale oczywiście nie sposób robić mu z tego powodu wyrzutów – dobrze wiemy, że nasza bohaterka bywa trudna i wyjątkowo uparta, a czasem chciałoby się, żeby trochę odpuściła. Nie zmienia to faktu, że wszystko robi z miłości, nawet jeśli wybiera dziwne sposoby jej okazywania.

Rozumie to jej ojciec, rozumie też Phoebe Waller-Bridge, dotąd najczęściej ukrywająca prawdziwą twarz swojej bohaterki pod toną sarkazmu. Mając dostęp do jej niewidocznych na zewnątrz myśli, mogliśmy odnieść wrażenie, że dostrzegamy tę twarz lepiej niż ktokolwiek inny, ale byliśmy w błędzie. Tak naprawdę w pełni autentyczne oblicze Fleabag widywaliśmy z rzadka, gdy na moment opadała wysoko trzymana przez nią garda. Broniąc się w ten sposób przed własnymi uczuciami, bohaterka zgrywała silną, w rzeczywistości uciekając przed trudnym do zniesienia bólem i sytuacjami, z którymi nijak nie potrafiła się pogodzić.

Ot, choćby ślubem ojca z kobietą, której szczerze nie cierpi, ale co w końcu musiała przełknąć. Ba, skończyło się tym, że nawet zaprowadziła go do ołtarza. Czy on będzie tego jeszcze żałował? Nie wątpię, że tak, on chyba też nie, patrząc, jak kurczowo trzymał się Fleabag, ale cóż, jego wybór i jego wola, a inni mogą to tylko zaakceptować. Dobrze chociaż, że humor wciąż się go trzyma ("Lubię Claire"), co dowodzi, że może jednak nie są z tą drugą córką tak całkiem do siebie niepodobni.

Phoebe Waller-Bridge znów pokazała klasę

W ten sposób dochodzimy wreszcie do gwoździa programu, czyli wymarzonego sobie przed tygodniem happy endu. Wiecie, takiego jak w komediach romantycznych, gdzie ktoś biegnie na lotnisko, by w ostatniej chwili wyznać drugiej osobie swoje uczucia. Tutaj romantyczną pogoń miało zastąpić wygłoszenie ostatniego kazania i rzucenie kapłaństwa, czyli w sumie coś bardzo pasującego do "Fleabag". Ale oczywiście nie bardziej, niż zrobienie czegoś zgoła odwrotnego oraz zostawienie nas i bohaterki ze złamanymi sercami. Tak jakby.

Rzeczywistość okazała się bowiem jeszcze mniej przewidywalna, nie tylko wykpiwając i porzucając konwencjonalne komediowe tropy (bieg na lotnisko za ukochanym w końcu się odbył, ale już poza kadrem), ale też nie pogrążając nas w czarnej rozpaczy. Przeciwnie, dostaliśmy zakończenie poruszające nawet bardziej niż standardowe rozwiązania, bo biła z niego stuprocentowa szczerość.

Szczerość odczuwalna zarówno podczas najlepszego kazania o miłości, jakie w życiu słyszałem, jak i niedługo po nim, na opustoszałym przystanku autobusowym. Szczerość jak na spowiedzi, co wiązało się z nieco zdziwionymi gośćmi weselnymi ("Coś jest nie tak z twoim księdzem"), ale za to mogło otworzyć nam i Fleabag oczy na wiele spraw. Na czele z wiarą, nadzieją i miłością, że pozwolę sobie uderzyć w podniosłe tony, których wbrew pozorom nie szczędziła nam też twórczyni serialu.

Fleabag świetnie pożegnała się z widzami

Rzecz w tym, że gdy większość wzniosłych ekranowych wyznań nijak nie potrafi zabrzmieć wiarygodnie, tutaj każde wydawało się całkowicie naturalne i prawdziwe. W serialu komediowym, który co rusz powoduje głośne wybuchy śmiechu, znalazło się nie tylko miejsce na wyłożenie wielkich kwestii, ale jeszcze upchnięto w nich tonę emocji, które mogą do nas przemawiać na bardzo różnych poziomach.

Mogliśmy się zatem zwyczajnie wzruszać, słysząc słowa księdza, ojca Fleabag czy Claire. Mogliśmy czuć ukłucie bolesnego rozczarowania, gdy para bohaterów wyznawała sobie miłość, wiedząc, że muszą się rozstać. Mogliśmy wreszcie odczuwać dziwną mieszankę smutku i rosnącej nadziei, gdy przełknąwszy łzy, Fleabag odchodziła z posążkiem w ręku w rytmie Alabama Shakes, dając nam z uśmiechem do zrozumienia, że nie chce, byśmy jej dalej towarzyszyli.

A my, po otrząśnięciu się z szoku wywołanego kolejnym genialnym przełamaniem czwartej ściany, mogliśmy tylko ten uśmiech odwzajemnić. Bo nikt nie powinien mieć wątpliwości, że mimo wszystkiego, co zobaczyliśmy, dostaliśmy najlepsze dla wszystkich zakończenie. Mówiące jasno, że historia bohaterki się nie kończy, ale nasza podróż z nią już tak, bo wreszcie nas nie potrzebuje. I jakkolwiek niekomfortowo możemy się z tym czuć (to chyba pierwszy serial w historii, który rzucił swoich widzów, a nie na odwrót), w głębi serca rozumiemy, że tak będzie dla niej lepiej. Żegnaj, Fleabag – będziemy za tobą tęsknić.