"Fosse/Verdon", czyli życie jak musical – recenzja premiery nowego serialu stacji FX

"Fosse/Verdon" (Fot. FX)

0

Po trosze historia dążących do spełnienia artystów, po trosze opowieść o dwójce skazanych na siebie ludzi. "Fosse/Verdon" próbuje uchwycić tytułowy duet z różnych stron – z jakim skutkiem?

"Pamiętaj, zawsze jest ktoś lepszy od ciebie" – słyszy młody Bob Fosse (Sam Rockwell) podczas jednej z przewijających się przez premierowy odcinek nowej produkcji FX retrospekcji. Nie można oczywiście sprowadzać złożonego charakteru wybitnego reżysera i choreografa do tego prostego zdania, ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, że opisuje go ono w perfekcyjny sposób. Ciągłe, niekiedy chorobliwe dążenie do doskonałości przewija się bowiem w "Fosse/Verdon" bardzo często, rzucając ogromny cień na pierwszego z pary głównych bohaterów serialu.

Cień, z którego swojego (jeszcze) męża wyciągnąć potrafiła tylko Gwen Verdon (Michelle Williams) – równie genialna jak on broadwayowska gwiazda, zasługująca na znacznie więcej, niż miano osoby zdolnej wytłumaczyć humory i odsłonić ludzką twarz Boba Fossego. Zresztą twórcy mówią nam o tym od samego początku, wychodząc od sceny, w której on ma nad nią pełną kontrolę, układając jej ciało w odpowiedniej tanecznej pozie, by zaraz potem stwierdzić, że i tak jej wersja była lepsza.

Fosse/Verdon to historia pary genialnych artystów

Trudno o wyraźniejszą manifestację równości i partnerstwa dwójki artystów, podkreśloną zresztą jeszcze tytułem serialu (książka Sama Wassona, na której oparto scenariusz, zatytułowana była po prostu "Fosse"), tak jakby za wszelką cenę chciano nam dać do zrozumienia, że to nie będzie kolejna wtórna biografia skomplikowanego geniusza. I dobrze, bo takich mieliśmy już wystarczająco dużo. Gorzej, że "Fosse/Verdon" nie do końca tę obietnicę spełnia.

A przynajmniej takie odniosłem wrażenie po pierwszym odcinku, który mieszając linie czasowe oraz fikcję z rzeczywistością, skupia się jednak w znacznej mierze na postaci Fossego, prezentując jego przeżycia, wspomnienia i myśli towarzyszące procesowi twórczemu. Tu akurat dotyczącemu powstawania słynnego "Kabaretu" – największego triumfu reżysera, choć w chwili jego kręcenia raczej nikt tak o nim nie myślał. W końcu Fosse miał za sobą kiepsko przyjęty debiut ("Słodką Charity" z Shirley MacLaine), a od wejścia na monachijski plan sprawiał problemy i nie dogadywał się z producentem. Od czego jednak jest Gwen Verdon?

Świetni Sam Rockwell i Michelle Williams

No właśnie, w tym miejscu zaczynają się wątpliwości, które sprawiają, że otwarcie "Fosse/Verdon" nie podobało mi się tak bardzo, jak mogłoby się podobać. Twórcy wprawdzie starają się podkreślać współzależność tytułowej pary, lecz z czasem coraz mocniej skręcają w stronę znajomej opowieści o trudnym geniuszu, chcąc nie chcąc spychając jego partnerkę do roli drugoplanowej. Kluczowej, ale jednak wyraźnie niegrającej tu pierwszych skrzypiec. A szkoda, bo znakomita Michelle Williams aż się prosi o coś więcej. Choćby kosztem wspomnianych, powtarzalnych retrospekcji z młodym Bobem czy jego nieco łopatologicznych wizji.

Rzecz jasna to nie tak, że Gwen Verdon jest tu traktowana całkowicie po macoszemu – nie ma najmniejszych wątpliwości, że bez niej legenda Fossego-reżysera nigdy by się nie narodziła, a też ich osobistej relacji poświęca się sporo miejsca. Sęk w tym, że o ile twórcom nie brakuje na niego i jego problemy dość dobrych pomysłów (wyniesionych poziom wyżej dzięki kreacji Rockwella), o tyle ona nie wygląda na razie nawet na pełnoprawną główną bohaterkę. Jest raczej koniecznym dopełnieniem z łaskawie dopisanymi własnymi scenami.

Jasne, wszystko może się lada moment odwrócić, zwłaszcza że serial nie ma linearnej narracji i wygląda na to, że będziemy swobodnie przeskakiwać po różnych okresach życia bohaterów. Dlatego też mam nadzieję, że zobaczymy te historię również w większym i o wiele bardziej znaczącym stopniu z jej perspektywy. I niekoniecznie mam tu na myśli dopasowywanie do niej zabiegu z odliczaniem czasu do śmierci, co zastosowano w jego przypadku.

Fosse/Verdon, czyli serial dla fanów musicali

Można jednak spojrzeć na serial w jeszcze inny sposób i zastanowić się, czy aby na pewno potrzebuje on fajerwerków w warstwie fabularnej. Wszak jak można się było spodziewać, realizacyjnie i aktorsko rzecz stoi na absolutnie najwyższym poziomie, więc nawet szczególnie nie angażując emocjonalnie, seans "Fosse/Verdon" i tak mija w mgnieniu oka. Widać, że twórcy mieli z czego czerpać i odrobili zadanie domowe celująco.

Bo co innego bezmyślnie skopiować, a co innego zrobić to według oryginalnego konceptu. Legendarne musicalowe numery zostały zatem nie tylko bezbłędnie odtworzone, ale i zmontowane z odpowiednimi scenami z życia bohaterów. Zabieg prosty, ale bardzo skuteczny, bo przyciągając wzrok do ekranu, mówi więcej i skuteczniej, niż momentami średnio przekonujący scenariusz.

A dodając do tego parę świetnych wykonawców i jak najbardziej udany casting dobrze znanych postaci drugoplanowych (pewnie że wyróżnia się Kelli Barrett jako Liza Minnelli, nie mogło być inaczej), to stąd już prosta droga do wniosku, że "Fosse/Verdon" jest pięknym, błyszczącym świecidełkiem, z którego środka wieje pustką. Z takimi komentarzami wolałbym się jednak wstrzymać, po pierwsze dlatego, że za nami dopiero pierwszy z ośmiu odcinków, a po drugie ze względu na tutejszych bohaterów – jakkolwiek nie patrzeć, nietuzinkowe postaci, których nie da się tak łatwo sprowadzić do banalnych klisz.

I mam nadzieję, że twórcy serialu też o tym wiedzą, nie chcąc nam fundować prostej historii geniusza o ciężkim charakterze i jego wytrwałej lepszej połówki. Nikt lepiej od nich nie powinien mieć bowiem wyryte w pamięci, że z samych efektownych sztuczek wielkiego musicalu nie będzie. Tutaj potrzeba czegoś więcej, a warunki w "Fosse/Verdon" bez dwóch zdań są ku temu bardzo dobre. Szkoda byłoby je zmarnować.