"Gra o tron" tonie w bitewnym chaosie w 3. odcinku 8. sezonu – recenzja

"Gra o tron" (Fot. HBO)

0

Teorie i przewidywania to jedno, a "Gra o tron" to drugie – chciałoby się powiedzieć, zobaczywszy wreszcie odcinek, który już przed premierą zyskał legendarny status. Czy zasłużenie? Spoilery!

Starcie życia ze śmiercią i największa bitwa w historii telewizji. Tak w dużym skrócie zapowiadano 3. odcinek finałowego sezonu "Gry o tron", szykując nas na widowisko, jakiego jeszcze na małym ekranie nie było. Widowisko, do którego przygotowywani byliśmy również emocjonalnie, już przed tygodniem oglądając poruszające pożegnanie z wieloma bohaterami. Tak przynajmniej sądziłem i dlatego obejrzawszy "The Long Night", nie ukrywam, że jestem nieco zdziwiony.

Naturalnym było wszak zakładać, że w wielkiej bitwie o Winterfell życie straci wielu naszych ulubieńców, a samo starcie, choć zapewne wygrane, zostanie okupione ogromnym kosztem. No i rzeczywiście koszt był, ogólnie na pewno znaczący, lecz w gruncie rzeczy jednak bezimienny. Nie licząc dosłownie kilku postaci, o których za chwilę, uderzenie armii umarłych na obrońców świata ludzi nie pozostawiło w szeregach bohaterów aż tak znaczących ubytków, jak można się było spodziewać. Co nie do końca znaczy, że brakowało emocji.

Gra o tron – bitwa nad wszystkie bitwy

Te były bowiem budowane już od pierwszych sekund odcinka, który jakby biorąc pod uwagę, że część widowni będzie narzekać na brak akcji w premierowych odsłonach sezonu, szybko przeszedł do rzeczy. Niezbędny wstęp trwał zatem tylko tyle, ile było konieczne, wychodząc od perspektywy Sama Tarly'ego, przytłoczonego wojenną zawieruchą jeszcze zanim ta na dobre wybuchła. Ruch o tyle ciekawy, że jak mieliśmy sami zobaczyć, wkrótce każdy z o wiele lepiej przystosowanych od niego do walki bohaterów znalazł się w podobnym położeniu – oszołomieniu i poczuciu bezsilności, gdy w nocy rozpływały się resztki lichej wiary w zwycięstwo.

Gra o tron sezon 8 odcinek 3

Wiary, która jednak początkowo potrafiła wznieść się całkiem wysoko, bo nie wierzę, że każdemu z was choć na chwilę nie zrobiło się lżej na sercu, gdy za sprawą wyciągniętej z kapelusza Melisandre zapłonęły ostrza Dothraków. Piękno i podniosłość tej sceny robiły świetne wrażenie – niemal tak dobre, jak błyskawiczne zgaszenie nowo zapalonej nadziei, gdy płomienna szarża rozbijała się o czarny jak noc mur. Niby wiele nie było tam widać, ale stopniowo gasnące w oddali ogniki mówiły jasno: tej nocy nic nie przyjdzie ludziom zbyt łatwo.

Wielka szkoda, że te sceny oraz podążająca zaraz za nimi błyskawiczna i robiąca wrażenie swoim impetem fala umarłych uderzająca o ludzkie zasieki, były jednymi z nielicznych fragmentów bitwy, które rzeczywiście mocno wyróżniały się na tle reszty. Nie chcę przez to bynajmniej powiedzieć, że pozostałe 60 minut dłuższego niż zwykle odcinka przynudzało, nic z tych rzeczy. Bardziej chodzi o prosty fakt, że jak na równie spektakularną sekwencję batalistycznąnow brakowało mi w niej nieco finezji. Ot, potężny chaos, spotęgowany jeszcze sprowadzoną nad pole bitwy zawieją, z którego raz po raz udawało się na moment wyłowić jakąś znajomą twarz.

Bitwa o Winterfell, czyli smoki i chaos

Z nimi związane były najbardziej godne zapamiętania fragmenty bitwy, bo jak już wspominałem, prędzej czy później każdy stawał tu twarzą w twarz ze śmiercią. Oczywiście niektórzy, jak osłaniający się wzajemnie (co zostało kilka razy powtórzone) Jaime i Brienne w nieco szczęśliwszy i mniej dramatyczny sposób od innych. Do tej drugiej grupy zalicza się natomiast lady Mormont, której śmierć stanowiła bez dwóch zdań najkoszmarniejszy moment odcinka i chyba też jedyny, w którym twórcy zrobili to, do czego nas przez lata przyzwyczajali – nie mieli litości dla ogólnie lubianej postaci.

Choć ta bohaterka i tak miała szczęście, że pomimo straszliwego potraktowania, dostała przynajmniej heroiczny koniec, pociągając za sobą martwego olbrzyma. Swoją drogą, zauważyliście, że bycie wysoko urodzonym dzieckiem w Westeros to absolutny horror? Jak cię nie spalą na stosie (Shireen Baratheon), to przybiją do ściany (Ned Umber) albo zmiażdżą kręgosłup. A może to twórcy mają ze sobą jakiś poważniejszy problem?

Ale zostawmy to już i przejdźmy do kolejnych kwestii. Konkretnie skrzydlatych, których tej nocy nad Winterfell nie brakowało, co miało swoje plusy i minusy. Do pierwszych bez wątpienia należy fakt, że znów mieliśmy okazję zobaczyć smoki w akcji, co zawsze doceniam, nawet jeśli momentami rozróżnić się je dało tylko po jeźdźcu lub ewentualnie podziurawionych skrzydłach Viseriona. Powietrzne starcia (a także zdaje się, że jedno przypadkowe zderzenie) wypadły zatem jak najbardziej efektownie, przynosząc nam trochę adrenaliny, ale też jednocześnie nie mając wielkiego wpływu na przebieg bitwy pod nimi.

Wracamy tu bowiem do problemu, który już zaznaczyłem, czyli niewielkiego urozmaicenia walk, w których aż się prosiło o większe skorzystanie z powietrznych posiłków. Każda ognista szarża smoków (tudzież ich martwego braciszka) od razu dodawała ekranowym wydarzeniom fantazji i naprawdę szkoda, że było ich stosunkowo niewiele. Czy to kwestia jednak mającego swoje granice budżetu, czy scenariusza zakładającego odciągnięcie Nocnego Króla od reszty, nie ma w gruncie rzeczy znaczenia. Bo choć pogrążenie walczących w ciemności i wszechobecnym zamęcie miało swoje fabularne uzasadnienie, nie był to jednak najszczęśliwszy wybór. Zrozumiałe są więc zarówno głosy twierdzące, że momentami nijak nie dało się w tym wszystkim zorientować, jak i te mówiące, że niewiele w tym starciu miało sens.

Gra o tron sezon 8 odcinek 3

Gra o tron – kto przeżył wielką bitwę?

To jednak można zrzucić na karb strategicznych umiejętności dwójki przywódców, których "genialnym" planem było najwyraźniej uziemić Nocnego Króla, nie przejmując się zbytnio tym, co dzieje się w dole i licząc, że reszta sobie jakoś poradzi. I jak tu się dziwić rozgoryczeniu Tyriona, że zamiast pomagać walczącym swoim doświadczeniem, musi siedzieć bezużytecznie w krypcie? Pewnie też byśmy pili na jego miejscu.

Za to na pewno nie mielibyśmy jego charyzmy, bo ta, pomimo zamknięcia w grobowcu Starków, i tak wystarczyła, by sceny z udziałem jego i Sansy zapadły w pamięć bardziej niż tragiczne wydarzenia nad ich głowami. I nie mówię nawet o niebezpieczeństwie, w jakim się znaleźli (no kto by pomyślał, że schowanie się w grobie w takich okolicznościach to zły pomysł?), a po prostu towarzyszącym temu napięciu i nieco ironicznej, ale też pełnej ludzkiego zrozumienia atmosferze. Jeśli coś dobrego wynika z umniejszenia roli tej dwójki, to zdecydowanie fakt, że obydwoje przeżyli, bo jestem pewien, że w kolejnych odcinkach odegrają znacznie większą rolę.

Na razie robili to jednak inni i odniosłem wrażenie, że zostali przez to ofiarami niepotrzebnego wpychania ich zawsze i wszędzie na pierwszy plan. Tak, Jonie Snow, o tobie mówię. Kto w ogóle kazał ci wsiadać na tego smoka? Nie lepiej było trzymać się stabilnego podłoża i bezpiecznie zaczekać aż Nocny Król sam do ciebie przyjdzie? No nie, pewnie nie, a i my stracilibyśmy po drodze sporo rozrywki, ale muszę przyznać, że widok Jona bezradnie przedzierającego się przez nowo powstałe zasieki umarłych czy chroniącego się przed niebieskim płomieniem nie robił na mnie takiego wrażenia, na jakie pewnie liczyli twórcy.

Podobnie zresztą jak tocząca się równocześnie rozpaczliwa walka o życie Daenerys osłanianej przez żywą tarczę w osobie Joraha. Owszem, składało się to wszystko na sytuację wyjątkowo trudną, ale czy w którymś momencie ciśnienie rzeczywiście mogło nam podskoczyć ponad normę? Chyba jednak nie i to świadczy najlepiej, że twórcy, na czele z reżyserem Miguelem Sapochnikiem, zamiast skupiać się na ogólnym rozgardiaszu, mogli lepiej dopracować indywidualne historie i kwestie realnego zagrożenia życia bohaterów – a już na pewno tyczy się to tych, których wrzucili tu pierwszą linię frontu.

Gra o tron – niespodziewana bohaterka

Inna sprawa, że pozostali, tak wyraziści przecież bohaterowie, tutaj praktycznie nie istnieli, wtapiając się w chaotyczne tło. A przynajmniej większość z nich, bo wśród tłumu walczących znalazł się ktoś, do kogo trudno się o cokolwiek przyczepić. Mowa rzecz jasna o Aryi, która z bohaterki niefortunnej sceny sprzed tygodnia przeistoczyła się w kluczową postać bitwy, nadając jednocześnie sensu przydługim tygodniom, jakie spędziła obrywając kijem na drugim końcu świata.

W "The Long Night" Starkówna była nie tylko niekwestionowaną pierwszoplanową bohaterką, ale i osobą, której każde pojawienie się na ekranie od razu powodowało szybsze bicie serca. Jak nie ze względu na dynamikę towarzyszącą jej przypominającym bezbłędny układ taneczny scenom walk (spojrzenie oszołomionego Davosa mówiło wszystko), to z uwagi na bliskie horrorowi napięcie, gdy wymykała się umarłym w bibliotece. Nie skłamię, mówiąc, że to właśnie ta cicha, pogrążona w mroku (tym razem klimatycznym, zamiast irytującym) i mało spektakularna w porównaniu do reszty scena zrobiła tu na mnie największe wrażenie.

A na niej się oczywiście nie skończyło, bo Arya miała jeszcze coś do powiedzenia bogowi śmierci, który w osobie Nocnego Króla szykował się już do zadania swojego najistotniejszego ciosu. Nie przewidział jednak, podobnie zresztą jak my (choć oczywiście teorie na ten temat były – bo jakich nie było?), że na drodze stanie mu pewna dziewczynka. Dziewczynka, która poświęciła lata treningu na przygotowania do tej chwili, zdążyła na moment stracić pewność siebie, będąc otoczoną przez śmierć, ale odzyskała ją w decydującym momencie, zapewniając ludziom ostateczny triumf.

I to właśnie złożyło się na jedyną naprawdę znaczącą indywidualną historię tego odcinka, nawet wliczając w to bardzo długie minuty po spotkaniu z Melisandre, gdy serial kompletnie Aryę ignorował. Już wtedy można było przypuszczać, że musi być w tym jakiś większy cel, inaczej mówilibyśmy o gigantycznych rozmiarów niedopatrzeniu, ale absolutnie nie umniejszyło to wagi finałowego rozwiązania. Zawierającego chwyt znany z tego sparingu, jakby ktoś zapomniał.

Wszystko zostało świetnie przemyślane, podkreślone montażem z ocierającymi się o śmierć lub konającymi bohaterami i odpowiednio dramatyczno-podniosłą muzyką, by w ostatniej chwili przynieść zakończenie, na jakie liczyliśmy. Trochę efekciarskie, nie da się ukryć, ale satysfakcjonujące i chyba mimo wszystko jedyne słuszne. Bo z chwilą, gdy jeden cios Aryi przemienił Nocnego Króla i jego armię w proch, można sobie było dosłownie uświadomić, z jak pustym i bezsensownym zagrożeniem z ich strony mieliśmy do czynienia.

Tak, rozumiem – czyste zło, nieliczące się z niczym, chcące tylko wymazać ludzkość i całą pamięć o niej. W porządku, nie mam nic przeciwko, ale patrząc z fabularnego punktu widzenia, Nocny Król był przeciwnikiem po prostu nudnym i niewnoszącym do opowieści praktycznie niczego poza irracjonalnym strachem. Ważnym, ale nie ukrywam radości z tego, że jednak nie najważniejszym w całym serialu. Pokonanie go jednym ruchem i to za sprawą fantastycznie napisanej i mądrze prowadzonej od samego początku bohaterki to najlepsze, co można było z nim zrobić. No, może poza wysłaniem do Królewskiej Przystani, ale nie bądźmy dla panów Benioffa i Weissa zbyt surowi – Reddit okazywał się już mądrzejszy od wielu innych twórców.

Gra o tron – co nastąpi po bitwie?

Zwłaszcza że mają oni teraz prawdziwe pole do popisu, musząc udowodnić w trzech ostatnich odcinkach "Gry o tron", że pozbycie się najbardziej oczywistych przeciwników w połowie sezonu nie było strzałem w stopę. Na pewno przyda się przy tym unikanie dotychczasowych błędów, które były widoczne i w tym odcinku. Począwszy od spychania na margines mogących sporo wnieść postaci (Jaime i Brienne na polu bitwy, całe towarzystwo w kryptach), aż do robienia dużego szumu, z którego ostatecznie nie ma wielkich efektów.

Bo patrząc całościowo na "The Long Night" i wypełniającą odcinek bitwę, da się zauważyć, że mieliśmy tu do czynienia w większym stopniu z realizatorską ucztą, niż ze spójną i wartościową historią. Ta zginęła gdzieś pod technicznymi walorami produkcji (już podkreślanymi na każdym kroku, a na pewno jeszcze będziemy nimi zalewani), która, gdy już opadł bitewny kurz, a emocje nim wywołane nieco się uspokoiły, okazała się w pewnym stopniu niedosytem.

Nie da się bowiem ukryć, że spodziewaliśmy się tu większego szoku emocjonalnego, zważywszy zarówno na stawkę bitwy, jak i przede wszystkim na nieograniczone możliwości twórców "Gry o tron" w kwestii mordowania swoich bohaterów. W tej perspektywie śmierci trzecioplanowych bohaterów jak Edda Cierpiętnika, Lyanny Mormont czy Berica Dondarriona, jakkolwiek honorowe, nie mają żadnego znaczenia. A tylko nieco lepiej wypadają pod tym względem zgony Theona i Joraha, bo choć to akurat postaci towarzyszące nam już bardzo długo, chyba nikt nie miał wątpliwości, że ich wątki się wyczerpały i zostało tylko bohatersko umrzeć. Melisandre nie liczę, bo technicznie rzecz biorąc, to zmarła ze starości.

Nie zrozumcie mnie źle – jestem daleki od bezsensownego narzekania, że za dużo ludzi przeżyło. O ile zostałoby to sensownie rozwiązane, umierać nie musiał w ogóle nikt. Problem w tym, że podnosząc bohaterom poprzeczkę do maksimum w skali wyzwania, któremu musieli sprostać, twórcy sami nie zdołali przeskoczyć swojej. Wciągając nas w dobrze odwzorowany bitewny chaos, nie potrafili bowiem uczynić tego wszystkiego naprawdę istotnym, koncertowo marnując potencjał wielu swoich bohaterów.

Krajobraz po bitwie wygląda więc tak, że zapamiętamy ją samą, zachowując w pamięci kilka momentów, ale z czasem wszystko zleje się w jedną całość. I to szybciej, niż można było zakładać przed premierą, gdy oczekiwaliśmy starcia, które przejdzie do historii telewizji. Cóż, pewnie pod jakimiś względem przeszło. Ale chyba nikogo specjalnie nie zaskoczę, pisząc, że scena kominkowa z poprzedniego odcinka zrobiła na mnie większe wrażenie od większości tutejszych (swoją drogą, wszyscy tam obecni przeżyli bitwę bez uszczerbku i to już świadczy, że gdzieś popełniono błąd). Pozostaje czekać na ciąg dalszy, licząc, że zmuszona w końcu do porzucenia strategii nicnierobienia Cersei zafunduje nam żywsze emocje niż tłum umarłych.

Nowe odcinki Gry o tron w poniedziałki w HBO