"Czarnobyl" udowadnia, że horrorów nie trzeba wymyślać – recenzja miniserialu z Jaredem Harrisem

"Czarnobyl" (Fot. HBO)

0

Katastrofa czarnobylska sprzyja wymyślaniu niestworzonych historii. "Czarnobyl" od HBO pokazuje jednak, że nie trzeba bujnej wyobraźni, by wydarzenia sprzed lat wciąż budziły grozę.

"Mamy do czynienia z czymś, co nigdy wcześniej nie wydarzyło się na tej planecie" – mówi grany przez Jareda Harrisa Walerij Legasow, obrazowo, ale słusznie przedstawiając sytuację, w obliczu której stanęły radzieckie władze i służby w kwietniu 1986 roku, gdy w elektrowni jądrowej w Czarnobylu na terenie dzisiejszej Ukrainy doszło do wypadku.

Nie myślcie jednak, że fabularyzowana wersja tamtych wydarzeń przedstawiona w produkcji HBO opiera się tylko na takich gładkich i dobrze brzmiących zdaniach. Wręcz przeciwnie, twórcy zrobili, co mogli, byśmy wyciągnęli z tej opowieści znacznie więcej.

Czarnobyl, czyli historia bez upiększania

Począwszy oczywiście od rzetelnych informacji na temat katastrofy sprzed ponad trzydziestu lat, wokół której narosło do dziś tyle mitów, że łatwo zbudować z nich kompletnie oderwany od rzeczywistości obraz. Jeszcze łatwiej zapomnieć przy tym o prawdziwych ludziach, którzy znaleźli się wówczas w centrum wydarzeń. Ofiarach niewiedzących, że poświęcają właśnie swoje życie i winnych, którzy bardziej czy mniej świadomie sprowadzili na nich ten los. "Czarnobyl" nie pomija nikogo, jednocześnie budując pasjonującą historię, która od pierwszych sekund chwyci was za gardło, potem umiejętnie stopniując nieustannie wysokie napięcie.

Tak przynajmniej było w trzech z pięciu odcinków miniserialu autorstwa Craiga Mazina ("Łowca i Królowa Lodu") w reżyserii Johana Rencka ("Breaking Bad"), które już widziałem i które zdążyły mną mocno wstrząsnąć. Twórcy obrali w nich bowiem jedyną słuszną (ale i najtrudniejszą) ścieżkę, obudowując prawdziwą historię fikcją, by całość zrobiła na widzach jeszcze lepsze wrażenie. Co ważne, nie musieli przy tym uciekać w tandetną sensację. Dość powiedzieć, że już w pierwszej scenie serialu jak na tacy dostajemy podane z odpowiedniej perspektywy wyjaśnienie tego, co zaszło w Czarnobylu. Dopiero następnie cofamy się w czasie do nocy 26 kwietnia, obserwując już wydarzenia kolejnych dni na własne oczy.

A widok to absolutnie przerażający, nawet jeśli nie tak imponujący, jak można by zakładać. Bo efekciarstwo to kolejna obok sensacji rzecz, która autorów "Czarnobyla" nieszczególnie interesuje. Pokazują dużo, czasem chciałoby się powiedzieć, że aż za dużo, ale nie epatują przy tym wulgarną brutalnością. Skupiają się na ludzkim wymiarze tragedii, ani jej nie upiększając, ani do przesady nie podkręcając nam sztucznie wrażeń. Zresztą byłoby to zupełnie zbędne, bo dzięki skutecznie budowanej atmosferze, nastrój swoistej zagłady udziela nam się bardzo szybko.

Czarnobyl – horror i ludzki dramat w jednym

Zarazem trzeba podkreślić, że nie ma mowy o żerowaniu na tragedii. Jestem wręcz zaskoczony subtelnością, z jaką serial podszedł do tematu, nie tylko otwierając nam oczy na historyczne wydarzenia, ale z odpowiednią wrażliwością portretując dramat ich uczestników. Tych nieświadomych, którzy słysząc huk eksplozji, sądzili, że wybuchła wojna albo oglądali płonącą w oddali elektrownię niczym pokaz fajerwerków, ale i pozostałych. Tych, którzy dobrze wiedzieli lub chociaż podejrzewali, z czym się mierzą, a jednak szli w niebezpieczeństwo, bo tak trzeba było zrobić.

Brzmi podniośle, jednak i w tym punkcie "Czarnobyl" nie poszedł na łatwiznę. Tak, bywa tutaj patetycznie, ale znacznie częstsze jest rosnące poczucie przerażenia i niekończącego się koszmaru. Twórcy wykorzystują je zarówno, by budować apokaliptyczny klimat, nieraz zamieniając serial w czysty horror (o wiele straszniejszy niż wiele gatunkowych produkcji), ale i dla ukonstytuowania swoich bohaterów. Tych pojawia się bowiem sporo, a zważywszy na krótki czas, jaki im poświęcamy, najczęściej to właśnie śmierć lub stosunek do niej jest czynnikiem pozwalającym na ich lepsze poznanie.

Są więc tacy, którzy w obliczu tragedii skupiają się na odsuwaniu od odpowiedzialności, egoistycznej ucieczce lub użalaniu nad sobą, ale są też inni, odważnie stawiający czoła zagrożeniu, poświęcający się dla pozostałych lub nieustępliwie dążący do odkrycia prawdy. Partyjni aparatczycy, naukowcy, cywile – wszyscy są tu jacyś, wszyscy mają swoje motywacje, wszystkich da się też w pewnym stopniu zrozumieć. "Czarnobyl" pamięta bowiem o tym, by swoich postaci nie zamieniać w złowrogie figury. To wszystko ludzie. Zwykli, słabi, pełni wad i przerażeni ludzie, a nie żadne potwory.

Czarnobyl – polityka i kulisy katastrofy

Tak samo normalni, jak obrosła ponurymi legendami katastrofa w czarnobylskiej elektrowni, która w gruncie rzeczy nie była niczym innym, jak tylko niewyobrażalnym wypadkiem. Nieefektownym i mającym złożone przyczyny, ale tylko wypadkiem, na który trzeba było szybko i ostro reagować. Jak jednak wiadomo, w ówczesnej sytuacji politycznej było to działanie bardzo utrudnione, więc w serialu nie mogło się obejść bez pokazania jego kulisów.

Tu na pierwszy plan wysuwają się wspomniany już Legasow, radziecki fizyk jądrowy i członek komisji badającej przyczyny awarii; a także Borys Szczerbina (Stellan Skarsgård), zastępca przewodniczącego Rady Ministrów ZSRR, na zlecenie Kremla mający kontrolować sprawę z politycznego punktu widzenia. Starcie tych dwóch silnych osobowości (także aktorskich, bo w obydwu przypadkach mamy świetne role) jeszcze mocniej napędza fabułę, ale pozwala także przemycić do niej nieco wiedzy. Ot, choćby w świetnej scenie, gdy naukowiec tłumaczy laikowi działanie elektrowni jądrowej. Proste, ale skuteczne.

Identyczną rzecz można zresztą powiedzieć o obydwu bohaterach, którzy wprawdzie rozwijają się w miarę przebiegu akcji (zwłaszcza nabierający szacunku wobec Legasowa Szczerbina), ale łatwo dostrzec, że ich relacja jest zbudowana na zwykłej opozycji. Jeden ciągnie w swoją stronę, drugi w swoją, a widz czerpie z obydwu, poznając różne oblicza konfliktu. Podstawowe rozwiązanie, lecz działa. Tym bardziej, gdy do równania dodamy trzeci element w osobie niejakiej Ulany Khomyuk (Emily Watson), fizyczki zdeterminowanej, by odkryć prawdę na temat Czarnobyla.

Co dokładnie stało się w Czarnobylu?

Teoretycznie można mieć wobec tej bohaterki najwięcej zastrzeżeń, bo to zarówno postać stworzona specjalnie na potrzeby serialu, jak i wprowadzona do niego w dość pretekstowy sposób. Szybko jednak da się tę wadę przełknąć, gdy zrozumiemy, że to element konieczny, by inne mogły wybrzmieć jeszcze mocniej. I nie mówię tu tylko o Legasowie, którego naukowe spory z Ulaną są ozdobą kolejnych odcinków, ale o bohaterach drugiego planu, których poznajemy najpierw osobno, a potem z perspektywy prowadzącej własne śledztwo fizyczki.

Tu wymienić można choćby granego przez Adama Nagaitisa strażaka, jednego pierwszych przybyłych do płonącej elektrowni, gdy nikt jeszcze nie miał pojęcia, co tam się stało. On i jego żona to bohaterowie jednego z najmocniejszych wątków serialu – zanim zaczniecie narzekać na jego efekciarstwo, to wiedzcie, że tego twórcy wcale nie zmyślili (najwyżej podkoloryzowali). Tak samo zresztą jak wielu innych scen, które sprawią, że głos zamrze wam w gardle, a od których się tu aż roi. I nie, wcale nie są żadne widowiskowe sekwencje. Tych serial wręcz unika, jakby wiedząc, że mogłyby tylko niepotrzebnie osłabić wydźwięk całości.

"Czarnobyl" działa zaś na emocje i wyobraźnię tak mocno, że jakiekolwiek przerabianie historii dla potrzeb dramaturgicznych mija się z celem. Owszem, czasami twórcy nie mogą się oprzeć, podrzucając nam kilka zbędnych obrazków dla sportretowania skali tragedii, ale absolutnie z tym nie przesadzają. Pozwalają spokojnie rozwijać się fabule, której groza nie potrzebuje żadnego uzupełnienia, stopniowo i intensywnie pochłaniając nas całych. Bywa to bardzo nieprzyjemne w odbiorze, ale nigdy nie jest pozbawione celu, czyli uzmysłowienia, co naprawdę zaszło w Czarnobylu, dlaczego tak się stało oraz jakie były skutki i reakcje. To z kolei w zupełności wystarcza, by zaniemówić z wrażenia.

Premiera serialu Czarnobyl w HBO 7 maja