"Syn" buduje rodzinne imperium na krwi – recenzja 2. sezonu serialu AMC

"Syn" (Fot. AMC)

0

Eli McCullough powraca w finałowym sezonie "Syna" zdeterminowany, by zapewnić przyszłość swemu rodowi. Czy ta historia może mieć happy end? Oceniamy pierwsze odcinki.

"Syn" miał w pierwszym sezonie swoje lepsze i gorsze momenty, na pewno jednak nie spełniając do końca dość wysokich oczekiwań. Oparty na znakomitej powieści Philippa Meyera serial, choć potrafił wciągnąć i przyciągał westernowym klimatem, nie wykorzystywał w pełni potencjału pierwowzoru. Rozczarowujące było zwłaszcza stawianie na raczej proste rozwiązania, nijak niewyróżniające produkcji AMC w masie telewizyjnej konkurencji. I to nawet mimo zestawienia Pierce'a Brosnana z westernem – sami przyznacie, że nieoczywistego.

Z tego zapamiętać dało się jednak głównie nierówne starcie irlandzkiego aktora z akcentem rodowitego Teksańczyka, przez co jeszcze bardziej w cień usuwały się zalety "Syna". A tych mimo wszystko parę by się znalazło, na czele z końcówką poprzedniego sezonu, udowadniającą, że twórców stać na więcej, niż tylko podążanie oklepanymi fabularnymi tropami i każącą nam zmienić zdanie o niektórych postaciach. Albo i o całym serialu, który pokazał, że może wreszcie zacząć spełniać pokładane w nim nadzieje, o ile oczywiście utrzymałby podobny poziom przez dłuższy czas.

Syn wraca do Teksasu z początków XX wieku

Wskazowkę, czy tak się stanie, dają pierwsze odcinki 2. sezonu, podejmujące opowieść na kilka miesięcy po poprzednich dramatycznych wydarzeniach. I jak to już w "Synu" bywało, twórcy nadmiernie się przy tym nie spieszą. Stopniowo jesteśmy zatem ponownie wprowadzani w realia 1915 roku w Teksasie, dowiadując się, co zmieniło się u poszczególnych bohaterów. A było tego całkiem sporo i bynajmniej nie mam na myśli tylko gęstej brody, jakiej dorobił się Pete (Henry Garrett).

Jego powrót to rodzinnego domu stanowi tu punkt wyjścia, bo jak się pewnie domyślacie, nie od każdego z domowników może liczyć na ciepłe powitanie po tym, jak uciekł za południową granicę w towarzystwie Marii Garcii (Paola Núñez). Jeden z wyjątków stanowi jednak jego ojciec, Eli (Brosnan), wciąż wierzący, że Pete obejmie po nim stery rodzinnego biznesu – tak, tego samego, który rozkwitł po wymordowaniu meksykańskich sąsiadów. No cóż, nadzieję zawsze można mieć.

Czy to jednak rzeczywiście możliwe, by wszystko przebiegło dokładnie po myśli nestora rodu McCulloughów? Nietrudno przewidzieć, że nie, bo "Syn" ani przez chwilę nie wyglądał na historię z gatunku takich prowadzących do oczywistego szczęśliwego zakończenia. Nowe odcinki to potwierdzają, bo choć nie dochodzi w nich do żadnych wydarzeń na miarę masakry Garciów, atmosfera jest wyjątkowo napięta, jakbyśmy czekali na nieuchronnie zbliżający się wybuch. Pytanie tylko, kogo tym razem on pochłonie?

Syn to rodzinne i sąsiedzkie zatargi

Przewidzieć to wbrew pozorom nie jest wcale łatwo, podobnie jak problemy sprawia rozgryzienie motywacji niektórych bohaterów. Na czele z Pete'em, który nabrał w tym sezonie zdecydowanie więcej barw, od razu stając się bardziej intrygującą postacią niż do tej pory. Czy rzeczywiście jest gotów, by w stu procentach poświęcić się rodzinie? A może w głowie siedzi mu coś zupełnie innego? Po czyjej stronie konfliktu właściwie należy go umieścić?

O ile poprzednio młodszy syn Eli'a wydawał się mdły i jednowymiarowy, tutaj wyrósł na jedną z ciekawszych postaci, czy to w relacjach z ojcem, czy podchodzącymi do niego ze znacznie większym dystansem Sally (Jess Weixler) i Phineasem (David Wilson Barnes). Zwłaszcza braterski konflikt wygląda ciekawie, bo w tle ma też żal starszego z rodzeństwa do ojca za to, że nie jest odpowiednio doceniany. Dobrze poprowadzony może być jednym z lepszych wątków w sezonie, potencjał na emocjonalny dramat jest ogromny.

Choć więc rodzinne spory są bez dwóch zdań na pierwszym planie, nie zapominamy też o interesach. A te Eli wciąż prowadzi w swoim stylu, potrafiąc odpowiednio "zmotywować" niechętnych do współpracy sąsiadów. Bo skoro w grę wchodzi ropa i potencjalne uczynienie rodziny naftowymi potentatami, wszystkie chwyty są dozwolone. Zadbano na szczęście, by nie było nudno i McCullough otrzymał równego sobie przeciwnika, niejakiego Eugene'a Monahana (Jeremy Bobb), który także zdaje się nie posiadać żadnych ograniczeń. Emocji pod tym względem brakować więc również nie powinno, tak samo jak rozlanej krwi.

Syn – ponad sto lat sagi McCulloughów

Mam nadzieję, że podobnie będzie z historią rozgrywającą się w drugiej linii czasowej, która wciąż jest bardzo odległa od pozostałych wydarzeń. Można wprawdzie argumentować, że młody Eli (Jacob Lofland) dorastający tam do przejęcia przywódczej roli wśród Komanczów od Toshawaya (Zahn McClarnon), jest w jakimś stopniu odbiciem swojej dorosłej wersji i jego problemów z przekazaniem dziedzictwa, ale związek to raczej naciągany. Tu zdecydowanie powinniśmy oczekiwać więcej, bo nie będzie przesadą powiedzieć, że Lofland i Brosnan póki co wciąż grają w niczym do siebie niepodobnych bohaterów.

Kiedyś jednak punkt wspólny pomiędzy nimi pojawić się musi, a że zbliżamy się nieubłaganie do końca serialu, powinno to nastąpić raczej prędzej niż później. A widząc kierunek, w jakim podąża historia młodego Komancza, nietrudno dojść do wniosku, że twórcy szykują tu coś tragicznego, co całkowicie zmieni jego podejście do życia, czyniąc z niego człowieka, którego zdążyliśmy już tak dobrze poznać.

Człowieka, którego historia w jakiś sposób musi się zakończyć, co jednak wcale nie oznacza tego samego dla rodu McCulloughów. A wiemy to za sprawą nowości w tym sezonie, czyli trzeciej linii czasowej przenoszącej nas do lat 80. ubiegłego wieku, gdzie główną bohaterką jest 85-letnia Jeannie (Lois Smith). Rzecz to o tyle ciekawa, że mając wgląd w przyszłość, zupełnie inaczej patrzy się teraz na wydarzenia z 1915 roku i choćby rolę, jaką spełnia w nich wówczas nastoletnia wnuczka Eli'a (grana przez Sydney Lucas).

Syn, czyli historia o grzechach sprzed lat

"Finalnie wszystko będzie tego warte" – mówi tam w pewnym momencie Eli, a my posiadając odpowiednią perspektywę, możemy odbierać te słowa w różny sposób. Jak jedne wydarzenia wpływają na drugie? Czy grzechy z przeszłości ciągną się za człowiekiem przez całe dekady? Czy przechodzą z pokolenia na pokolenie? Czy dawne rany nie zabliźniają się nawet po wielu latach? Aż szkoda, że twórcy zdecydowali się na ten ruch dopiero teraz, bo mimo że to zaledwie kilka scen, ożywienie jakie wnoszą do fabuły, jest niewątpliwe.

Na nim i kilku momentach, gdy na pierwszy plan weszły nie do końca zdrowe emocje, można opierać nadzieję, że finałowe odcinki serialu naprawią błędy poprzedniego sezonu, będąc ekranizacją, na jaką ta historia zasługuje. Najwyższa pora przestać podążać najbardziej oczywistymi tropami i pokazać, że "Syn" to coś znacznie więcej, niż banalna historia w westernowym klimacie. Ciągle jeszcze może się udać.

Nowe odcinki Syna co czwartek w AMC