"Perpetual Grace, LTD", czyli naprawdę coś nowego – recenzja premiery serialu z Benem Kingsleyem

"Perpetual Grace, LTD" (Fot. Epix)

0

"Perpetual Grace, LTD" to jedna z najciekawszych propozycji serialowych ostatnich miesięcy. I to nie tylko ze względu na Jimmiego Simpsona, Bena Kingsleya i Jackie Weaver. Polecamy jak najgoręcej!

Jeśli ktoś nie słyszał o "Perpetual Grace, LTD", nie powinien mieć do siebie pretensji. W nawale premier nowość tak niszowej stacji jak Epix, prawie wcale niereklamowana, w bardzo niewielu miejscach recenzowana przedpremierowo, mogła umknąć. Mnie prawie umknęła, a po pilotowym odcinku stwierdzam, że byłaby to ogromna strata.

Nieliczne portale, które odnotowały zapowiedź serialu Steve'a Conrada i Bruce'a Terrisa, szumnie pisały o powinowactwach z noirem i filmami braci Coenów, co brzmieć mogło jak pewna przesada, ale wcale się przesadą nie okazało. Już od motta, czyli słów Alfreda Hitchcocka (nie, nie tych o trzęsieniu ziemi!), twórcy "Perpetual Grace, LTD" pokazują, że czerpią z najlepszych wzorców, równocześnie proponując coś własnego.

Perpetual Grace, LTD – serial w świetnej obsadzie

Jeżeli już ktoś dowie się o istnieniu tego serialu, to ma szansę skusić się samą obsadą. Jamesa, uciekającego przed poczuciem winy mężczyznę, który daje się uwikłać w niebezpieczny przekręt, gra Jimmi Simpson ("Westworld"). James spotyka Paula (Damon Herriman, "Justified"), wydziedziczonego syna pastora i jego żony. Brownowie prowadzących kościół i ośrodek dla uzależnionych, sami jednak mają podobno na sumieniu wyciąganie od podopiecznych pieniędzy. Oszustwo, które miałoby pomóc Jamesowi i Paulowi wzbogacić się kosztem rzekomo "zaledwie pary starych ludzi", wygląda na proste, a na dodatek chodziłoby o oszukiwanie oszukujących. Ale oczywiście wszystko szybko się komplikuje.

Perpetual Grace, LTD serial

W rodziców Paula wcielają się filmowe gwiazdy: Ben Kingsley i Jackie Weaver. Każda scena z nimi to majstersztyk, a do tego dodać należy choćby Luisa Guzmána ("Code Black", "Narcos") jako przekupionego szeryfa po meksykańskiej stronie granicy, i Terry'ego O'Quinna ("Zagubieni") w roli innego, mocno na razie tajemniczego szeryfa o nazwisku, nomen omen, Walker.

Chociaż wydawałoby się, że nic nie przebije obsady, to co najmniej równie imponujące są w "Perpetual Grace, LTD" zdjęcia. Fenomenalne kadry, bardzo filmowe, symboliczne, takie, w których wszystko ma znaczenie: odległość między postaciami, kolor, dalszy plan. Aż chce się co jakiś czas zatrzymywać seans, żeby podziwiać statyczne obrazy. A drugiej strony szkoda pauzować, bo ma się ochotę jak najszybciej zobaczyć, czym jeszcze zaskoczy widza praca kamery, choćby zachwycające długie ujęcia. Są tu też cudowne momenty, kiedy… nic się nie dzieje. Nawet one są pięknie nakręcone, a do tego podsycają emocje, więc kiedy coś już zaczyna się dziać, to robi tym bardziej piorunujące wrażenie.

Perpetual Grace, LTD – mrok plus surrealizm

Sama fabuła przez pierwsze minuty wydawać się może tylko dodatkiem do pięknej gry aktorskiej i filmowej wręcz techniki. Dziwi na początku, że cały plan Paula zostaje od razu tak wprost wyłuszczony. Szybko jednak sytuacja nabiera wielowymiarowości, bo "starzy ludzie" okazują się znacznie mniej niewinni i bezbronni, niż można by sądzić, a i Paul nie powiedział Jamesowi wszystkiemu. Samo zawiązanie akcji związane z oszustwem to zaledwie początek zaskoczeń zarówno dla widza, jak i dla głównego bohatera "Perpetual Grace, LTD".

Perpetual Grace, LTD serial

Nie byłoby jeszcze aż takiego powodu do peanów, gdyby produkcja stacji Epix okazała się "tylko" elegancką, ponurą opowieścią w stylu noir. Ciekawą, ale konwencjonalną. Conrad i Terris przeplatają jednak mroczne wydarzenia i depresyjne przeżycia bohaterów surrealizmem. Sceny w lombardzie to coś, co faktycznie można zobaczyć chyba tylko jeszcze u Coenów. Zarysowany na razie bardzo krótko wątek ojca Jamesa, powiązany zapewne z nietypową czołówką serialu, też zdecydowanie intryguje.

Po jednym odcinku trudno jeszcze w pełni stwierdzić, w jaką kabałę wpakował się główny bohater. Ale na pewno w ogromną. Natomiast, co się rzadko zdarza po samym pilocie, można już założyć, że mamy do czynienia z serialem oryginalnym, przemyślanym i technicznie perfekcyjnym. Tu nawet język dialogów ma wyjątkowy rytm! Czekam na kolejne odcinki, w międzyczasie walcząc z pokusą rzucenia wszystkiego i nadrobienia jak najszybciej innego serialu Conrada, "Patriot".