"Magic City" (1x01): Gdzie ta magia, panowie?

Interesujący moment historyczny, bogaci panowie, wspaniałe auta, pięknie odziane i jeszcze piękniej rozebrane panie – to wszystko w "Magic City" jest. Brakuje polotu, oryginalności, czegoś, co by ten serial wyróżniało i nie pozwalało oderwać się od ekranu.

Zaczyna się jak film o Bondzie: naga piękność płynie w błękitnej poświacie przy dźwiękach przyjemnej muzyki. Widzimy jej ciało, a potem miasto, hotel, kasyno, jakąś postać w garniturze. I pojawia się rekin. Idealny świat nagle się psuje i zamienia w koszmarny sen. Cała sekwencja zajmuje kilka pierwszych minut "Magic City".

A potem już mamy rzeczywistość. 31 grudnia 1958 roku, ostatni dzień na Kubie pod rządami Batisty. W Nowy Rok władzę przejmie Fidel Castro, w co na razie nikt w Miami, gdzie rozpoczyna się akcja serialu, nie wierzy. Fascynujący, ale też trudny z punktu widzenia filmowca moment historyczny. Filmów o tym było już bowiem zatrzęsienie, z "Ojcem Chrzestnym II" na czele. Żeby wyjść poza schemat, trzeba pokazać coś więcej niż jakiegoś tam gangstera, kilka ładnych dziewczyn i samochody "z epoki".

Czy udało się to twórcom "Magic City"? Nie do końca. Zawodzi główny bohater Ike Evans (Jeffrey Dean Morgan), właściciel hotelu Miramar Playa, w którym mają łączyć się interesy polityków, gangsterów i innych ważnych osobistości z Miami. Na razie wyraźnie mu brakuje charyzmy, własnego rysu, czegoś, co odróżniałoby go od dziesiątek bogatych ludzi w garniturach, uwikłanych w układy z mafią.

Nie ma też nic interesującego w jego życiu rodzinnym. Ike ma dwóch dorosłych synów, którzy pomagają mu prowadzić interes (jeden to nudny podrywacz, drugi to nudny romantyk), małą córeczkę i młodą żonę nr 2, Verę. Nad tą ostatnią postacią warto chwilę się pochylić, bo gra ją śliczna Olga Kurylenko, która stanowi miły obrazek, niezależnie od tego, czy jest akurat odziana bardziej czy mniej.

Jeżeli dla kogoś warto oglądać "Magic City", to jest to ona i Danny Huston - czyli serialowy żydowski gangster Ben "The Butcher" Diamond, do którego Ike przychodzi po prośbie w premierowym odcinku. On również ma młodą, w odróżnieniu od Very, nieszczęśliwą żonę, Lily (Jessica Marai), która ma szansę narobić porządnego zamieszania w porządnym, znanym z licznych telenowel, stylu.

Diamond na razie więcej mówi niż robi. Anegdoty z wymowną puentą mają chyba pokazywać, jaki z niego twardziel, niestety jak na razie czynią z niego okropnego gadułę. Cały pilot "Magic City" jest zresztą przegadany – i nie jest to gadanie na najwyższym poziomie. Nie ma tu dobrych dialogów ani zgrabnych tekstów w stylu draperyzmów, są nużące, napuszone monologi i dużo zwykłego, codziennego kłapania, mającego na celu przekazać nam to, czego obrazki nie pokazały. To dla mnie duży minus: gdybym chciała posłuchać nudnych rozmów, włączyłabym "M jak miłość" albo... no cóż, "Spartakusa".

A kiedy bohaterowie nie upajają się swoimi słowami, brzmi muzyka. I jest to cudownie brzmiąca, pasująca do epoki, niemiłosiernie oklepana muzyka. Bo Diddley, Frank Sinatra, Ella Fitzgerald, Ray Charles. Wszystko dobrze znane i lubiane. Jakby twórcom nie chciało się poszperać głębiej, by zaserwować cokolwiek, czego nie słyszeliśmy setki razy. Matthew Weiner jakoś może, czemu więc Mitchowi Glazerowi się nie chciało?

"Magic City" próbuje nas uwodzić epoką, tak jak "Mad Men", tyle że czyni to znacznie mniej zgrabnie. Oczywiście, nawet taka jędza jak ja nie może nie zachwycić się pięknymi zdjęciami, ukazującymi luksusowe wnętrza, wspaniałe samochody, suknie Olgi Kurylenko czy tę intrygującą ilość golizny, którą nam pokazano w pilocie. Serial ma własny klimat, choć nazwanie go magicznym uważam za sporą przesadę. Zbyt to wszystko poprawne, żeby się zakochać.

Na razie też nie ma satysfakcjonującej fabuły, choć paradoksalnie to mnie martwi najmniej. Te czasy, gangster, hotel dla bogaczy, kobiety, których głównym zadaniem jest upiększanie świata – to wszystko jest po prostu samograjem. Trzeba by się naprawdę postarać, żeby zmarnować taki potencjał.

Na razie nie skreślam "Magic City", ale też go szczególnie gorąco nie polecam. Ten serial to niewątpliwie kawał solidnej roboty, jednak w pierwszym odcinku, "The Year of the Fin", widać brak polotu, jakiejś nutki szaleństwa, dowodu na to, że zobaczymy coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Jeśli to się zmieni, będzie OK.

REKLAMA