"Gra o tron" (2x01): Zaczyna się starcie królów

Fot. HBO

Fot. HBO

"Gra o tron" powróciła w wielkim stylu. 1. odcinek 2. sezonu wprowadza nas w klimat bezwzględnej walki o władzę nad Siedmioma Królestwami. Uwaga na spoilery.

Rok temu na 1. sezon "Gry o tron" czekali tylko fani książkowej sagi G.R.R. Martina. Serial stał się jednak natychmiast światowym hitem i nowym zjawiskiem w kulturze masowej. Swoje znaczenie odegrała umiejętnie prowadzona akcja promocyjna, ale "Gra o tron" zdobyła popularność po prostu dlatego, że pierwsze 10 odcinków było świetnie zrobione. Twórcy zawiesili więc sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Już po obejrzeniu 1. odcinka 2. sezonu widać, że podołali zadaniu.

Wracamy do Siedmiu Królestw akurat w dniu imienia króla Joeffreya. Nastoletni władca świętuje po swojemu, to znaczy urządza na zamku w Królewskiej Przystani krwawą pokazową walkę. Niespodziewanie do miasta przybywa Tyrion (Peter Dinklage), który przez ojca został wyznaczony na nowego królewskiego namiestnika. Najbardziej takim obrotem spraw zaskoczona jest Cersei (Lena Headey), uważająca siebie za wybitną władczynię. Matka króla nie zdaje sobie sprawy, że jedne co potrafi, to popychać mężczyzn do przemocy...

W zatytułowanym "The North Remembers" odcinku odwiedzamy wielu starych znajomych: Daenerys (Emilia Clarke) i jej małe smoki, Robba Starka (Richard Madden) i jego więźnia Jaimego Lannistera (Nikolaj Coster-Waldau), a także Jona Snowa (Kit Harington), który wraz z Czarnymi Braćmi dotarł do osady obleśnego Crastera (Robert Pugh). Poznajemy też nowych bohaterów, członków dworu króla Stannisa.

Właśnie postaci ze Smoczej Skały budziły podczas castingu szczególne zainteresowanie fanów. Ostateczny wybór twórców serialu jest po prostu perfekcyjny. Stephen Dillane to Stannis wzięty wprost z kart książki, podobnie Carice Van Houten jako Mellisandre. W 1. epizodzie na Smoczej Skale rozgrywa się ledwie kilka scen, ale natychmiast wprowadzają widzów w mroczny klimat wyspy. Posągi Siedmiu płoną, trucizna rozpuszcza się w kielichu, a czerwony kamień błyszczy na szyi bezwzględnej kapłanki R'hllora.

Wśród bohaterów "The North Remembers" odnajdujemy też prostytutkę Rosie (Esme Bianco), która zdążyła awansować na kogoś w rodzaju burdelmamy. Wprowadzona przez scenarzystów serialu Rosie zaczyna odgrywać w wydarzeniach coraz większą rolę – i jej obecność na ekranie jest największym odstępstwem od literackiego pierwowzoru.

Poza tym fabuła bardzo wiernie odtwarza wydarzenia opisane w książce, co oczywiście robi serialowi jak najlepiej. "Starcie królów" jest bowiem – moim zdaniem – najlepszym tomem całej "Pieśni Lodu i Ognia". Bitwy, intrygi, pojedynki, romanse – II tom sagi jest ich pełen i podobnie pełen jest (już to widzimy) serial.

To, że "Gra o tron" jest wspaniałą produkcją, wiemy już od roku. O nowym odcinku można po prostu powiedzieć, że jest równie dobry jak poprzednie, a nawet lepszy – i na tym poprzestać. Trudno jednak pominąć największą (poza walorami fabularnymi) zaletę 2. sezonu: umiejętne wykorzystanie znacznie powiększonego budżetu. Nowa "Gra o tron" zachwyca plenerami (Chorwacja, Islandia) uchwyconymi w szerokich, filmowych kadrach. Czegoś takiego jeszcze w telewizyjnej produkcji nie widzieliśmy.

Co ciekawe, wraz z większymi pieniędzmi zmalała rola efektów komputerowych. W 1. sezonie Królewską Przystań odgrywała na ekranie stolica Malty, ale miasto zostało mocno "poprawione" komputerowo. Tymczasem w "The North Remembers" kamera pokazuje nam całe miasto i jest to po prostu (nieco tylko podrasowany) chorwacki Dubrownik. Tak, jak twórcy serialu wcześniej mówili – znaleźli plenery wprost z kart książek Martina.

Pozostaje nam czekać na kolejne odcinki. Ja już teraz martwię się, że 2. sezon (tak jak pierwszy) ma ich tylko 10. Czekają nas dwa wspaniałe miesiące z "Grą o tron".