"Peaky Blinders" miksuje pytania egzystencjalne z czystą adrenaliną w premierze 5. sezonu – recenzja

"Peaky Blinders" (Fot. BBC)

0

Bez pośpiechu, z naciskiem na klimat i relacje międzyludzkie "Peaky Blinders" rozstawia pionki na szachownicy w pierwszych odcinkach 5. sezonu. Recenzujemy ze spoilerami premierę.

Czas zapiąć pasy, bo chłopaki z "Peaky Blinders" znów są z nami i trzymają się bardzo, bardzo dobrze, zwłaszcza jak na weteranów. Po dwóch odcinkach – "Black Tuesday" i "Black Cats" – trudno ocenić, czy 5. sezon naprawdę będzie najlepszy z dotychczasowych, jak obiecywał twórca serialu, Steven Knight. Ale można powiedzieć, że hit stacji BBC wrócił w doskonałej formie i nie tylko koń Tommy'ego Shelby'ego zasługuje na nagrodę BAFTA za to, co zaprezentował w premierze.

Peaky Blinders wkracza w lata 30. w 5. sezonie

Od wydarzeń z poprzedniej serii minęły dwa lata. Mamy 29 października 1929 roku, czyli czarny wtorek na nowojorskiej giełdzie. To właśnie wtedy nastąpiło załamanie, które zapoczątkowało mający międzynarodowe konsekwencje Wielki Kryzys w latach 30. Shelby Company znajduje się wśród ofiar, bo ma amerykański oddział, prowadzony przez Michaela (Finn Cole). Fakt, że najmłodszy ze stada Shelbych nie posłuchał Tommy'ego (Cillian Murphy) i nie sprzedał akcji kilka dni wcześniej, po czarnym czwartku (24 października), prowadzi do oskarżenia go o zdradę. Choć prawda jest taka, że wszyscy w Ameryce wtedy liczyli, że jeszcze się odbiją.

To, co się dzieje pomiędzy Tommym i wracającym do Anglii z przygodami Michaelem, wspieranym przez świeżo poślubioną żonę, Ginę (Anya Taylor-Joy), stanowi zaledwie jeden z licznych konfliktów w 5. sezonie "Peaky Blinders". Głowa rodziny Shelbych, mafijny boss, biznesmen, parlamentarzysta z ramienia Partii Pracy i najciekawszy antybohater, jakiego dała nam Wielka Brytania w ostatnich latach, będzie w tym sezonie naprawdę zajętym człowiekiem. Zwłaszcza że polityka świetnie pasuje do jego wcześniejszych profesji i dostarcza dodatkowych atrakcji.

Peaky Blinders sezon 5 recenzja

Peaky Blinders sezon 5, czyli depresja gangstera

Po dwóch pierwszych odcinkach odnoszę wrażenie, że w tym sezonie wszystko i wszyscy zejdą na drugi plan, żeby zrobić miejsce gangsterowi na krawędzi załamania. Tommy nie sypia, żyje dzięki dopalaczom (jak wielu ludzi w tamtych czasach), rządzi wartym miliony imperium, wygłasza płomienne mowy w Izbie Gmin, zleca morderstwa i jeszcze chciałby być dobrym tatą. Ma co robić i prawie nigdy nie jest sam, ale w wielu scenach, nawet jeśli pojawia się z innymi postaciami, wygląda na człowieka przeraźliwie samotnego, wyalienowanego i przekonanego, że otaczają go wrogowie, którzy czyhają na jego, jak sam to określa, tron.

Tommy jest królem i ma świadomość tego, co się wiąże z taką pozycją. Tak jak kiedyś Murphy miał okazję grać rozedrganą wersję swojego bohatera jako młodego chłopaka przeżywającego traumę wojenną, tak teraz to doświadczony, mający bardzo wiele do stracenia mafiozo z depresją w stylu Tony'ego Soprano. Jego samotność w wielkim domu jest uderzająca, a lęki i paranoje, jakie mu towarzyszą non stop, nie należą do zmyślonych czy nawet bardzo wyolbrzymionych.

Dobitnie o tym świadczy sekwencja z krzyżem i polem minowym otwierająca 2. odcinek. Mroczna, przerażająca i nakręcona w kinowym stylu scena, w której na włosku wisi nie tylko życie Tommy'ego, ale też jego syna, pokazuje, że są tacy, którzy nie cofną się przed niczym, żeby pozbyć się podbijającego coraz to nowe terytoria bossa Peaky Blinders. Ten miks przestylizowania, teatralności i czystej adrenaliny to też najlepszy dowód na wyjątkowość serialu BBC. Bo gdzie indziej można zobaczyć coś takiego? I w jakim innym serialu to by działało?

Peaky Blinders sezon 5 recenzja

Choć ostatnie lata w telewizji są wyjątkowe bogate, jeśli chodzi o seriale łączące kryzysy egzystencjalne z widowiskową przemocą (robią to choćby "Barry" i "Obsesja Eve"), "Peaky Blinders" niewątpliwie ma w tej kwestii coś własnego do powiedzenia i więcej środków do wyboru, choćby dlatego, że Tommy Shelby jest naszym dobrym znajomym od sześciu lat. To szmat czasu, który może usprawiedliwić wszystko, nawet majaki ze zjawiskową jak zawsze Grace (Annabelle Wallis). Wszędzie indziej to byłby kicz, tutaj to jest część stanu ducha bardzo nam bliskiego bohatera.

Peaky Blinders kocha zabawy formą w 5. sezonie

Wszelkiego rodzaju zabawy formą, przestylizowanie, uwielbienie dla slow motion i wzmacnianie przekazu za pomocą mocnej, współczesnej muzyki zawsze były znakiem firmowym "Peaky Blinders". Kiedy zgraja Shelbych maszeruje przez Birmingham w rytmie Black Sabbath, a dookoła lecą iskry z fabrycznych pieców, serial BBC wydaje się tak samo świeży i niezwykły jak w 2013 roku. I nie zadaje się zbędnych pytań, jak to, czy fabuła wciąż jest tak samo angażująca jak na początku.

Po podwójnej premierze, która obfitowała w wydarzenia, ale raczej noszące znamiona rozstawiania pionków na szachownicy, niż mocnych rozstrzygnięć, każdy pewnie ma inne zdanie na ten temat. Czy to bardzo mocny początek? Nie. Ale to stylowy, wciągający i intrygujący początek, zważywszy, że Tommy – jak sam zauważa w rozmowie z własnym dzieciakiem – jeszcze nie jest Bogiem, ale już zbliża się do tego statusu, zaś jego paranoje wydają się mieć solidne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Tych, którzy mają powody, by zamachnąć się na jego boski status, uzbierała się całkiem imponująca gromada, i jak zwykle nie da się wykluczyć własnej rodziny. I Arthur (Paul Anderson), i Ada (Sophie Rundle), i Polly (Helen McCrory) mają powody, by życzyć Tommy'emu sukcesów, ale tylko w pewnych granicach.

Peaky Blinders wraca 5. sezon

Pojawia się nowe zagrożenie w postaci Billy Boys, bezlitosnego gangu z Glasgow, którym kieruje Jimmy McCavern (Brian Gleeson). Na razie obrywają Aberama (Aidan Gillen) i Bonnie (Jack Rowan) – śmierć tego drugiego to jedna z najokrutniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek widzieliśmy w "Peaky Blinders" – ale na tym z pewnością się nie skończy. Tommy jest osaczony z wielu różnych stron, jako głowa rodziny, gangster, biznesmen i polityk.

Oswald Mosley i polityka w 5. serii Peaky Blinders

Ale prawdziwie mocne przejścia czekają go najprawdopodobniej z kimś, kto na razie ledwie zaznaczył swoją obecność – Oswaldem Mosleyem (Sam Claflin), fascynującym i niebezpiecznym kolegą z Izby Gmin. Steven Knight na głównego przeciwnika, a może sojusznika głównego bohatera "Peaky Blinders" wybrał tym razem figurę historyczną. Bo i czemu nie? Skoro Tommy może dostawać listy od Winstona Churchilla, ma też prawo zastanawiać się, czy wesprzeć rodzący się ruch faszystowski w Wielkiej Brytanii, czy jednak wystąpić przeciwko niemu.

W Izbie Gmin nasz ulubiony boss robi za naczelnego trybuna ludowego, przedstawiciela klasy pracującej, ale to tylko jedna z jego licznych łatek. Jak na rasowego antybohatera przystało, Tommy ma zwyczaj zawodzić widzów, kiedy ci przywiązują się do myśli, że to mimo wszystko porządny gość i pewnych granic nie przekroczy. Jego nieustanna wewnętrzna walka prowadzi do bardzo różnych rezultatów, tak że trudno przewidzieć, jak potoczy się jego relacja z Mosleyem. Elegant w czarnej koszuli przez historię został oceniony jednoznacznie, ale żyjący w tamtejszych realiach i kalkulujący zgodnie z własnymi potrzebami Tommy niekoniecznie musi odrzucić jego "niemoralną propozycję", jaka by ona nie była. W końcu to człowiek, który wydał wyrok na dziennikarza, bo ten wiedział za dużo.

Peaky Blinders sezon 5  Oswald Mosley

W ważnym momencie historycznym główny bohater "Peaky Blinders" wcale nie musi stanąć po właściwej stronie, choć niewątpliwie ma świadomość tego, kim jest i jakimi metodami posługuje się Mosley. Obiecane przez Stevena Knighta paralele pomiędzy zwracającą się ku populistom i faszystom Wielką Brytanią z lat 30. a naszymi współczesnymi dylematami to jedna z tych rzeczy, na które w 5. sezonie "Peaky Blinders" rzeczywiście czekam. Jeśli serial uniknie oczywistych porównań i łopatologicznego politykowania, to faktycznie może być najmocniejszy sezon.

Na razie mamy za sobą niespieszny, ale obfitujący w punkty zaczepienia początek. Nasz skomplikowany pod każdym względem, w tym także moralnym, bohater rozpoczyna kolejny etap swojej wielkiej podróży egzystencjalnej, w której jest miejsce na osobiste traumy i lęki, czystą żądzę władzy, chorą ambicję, szczery altruizm, potrzebę wspomagania własnej rodziny i tysiąc innych rzeczy.

Ogromny świat Peaky Blinders w 5. sezonie

Podwójna premiera 5. sezonu "Peaky Blinders" pokazuje także, jak rozrósł się serialowy świat i jak wyewoluowali bohaterowie. Panowanie rodziny Shelbych miało skromne początki, bo dotyczyło jednej dzielnicy w Birmingham z pubem, gdzie śpiewała Grace. Dziś nikogo nie dziwi, że akcja przeskakuje między ich rodzinnym miastem a Londynem, Monte Carlo i Detroit, zaś kolejni bohaterowie dostają coraz więcej do roboty. Kobiety, wbrew żartom z pierwszego odcinka, nie służą wyłącznie do celów dekoracyjnych, mając dużo władzy i jeszcze więcej do powiedzenia.

Peaky Blinders sezon 5 recenzja

Ada nie tylko popełnia mezalians za mezaliansem, ale też jest w stanie wspomóc Tommy'ego podczas spotkania z Mosleyem. Ciotka Polly na zmianę pokazuje wrażliwą i twardą stronę. Linda (Kate Phillips) potrafi popchnąć Arthura do działania. Lizzie (Natasha O'Keeffe) chwyta za strzelbę w obronie rodziny. Gina wygląda jakby umiała kierować Michaelem lepiej niż jego własna matka, co oznacza rysujący się konflikt. Galimatias ludzkich emocji, jaki stanowi rodzina Shelbych, jak był, tak pozostaje równie wkręcający co zabawa w gangsterkę i element historyczny.

Krótko mówiąc, wszystko to, co czyni "Peaky Blinders" produkcją wyjątkową, pozostało na swoim miejscu. Steven Knight opiera się na sprawdzonej formule, która mimo upływu lat i licznych przemian w telewizji, wydaje się równie świeża i jedyna w swoim rodzaju co sześć lat temu. A że do tego dodaje jeszcze więcej emocji, jeszcze bardziej pokręconą moralność i jeszcze więcej artystycznych eksperymentów, serial ogląda się równie świetnie co kiedyś. Oby tak dalej.

Premiera 5. sezonu Peaky Blinders na Netfliksie 4 października