Netflix testuje funkcję przyspieszonego oglądania. Twórcy już mają z tym problem – i trudno im się dziwić

0

Po co spędzać 45 minut z odcinkiem serialu, skoro można tylko 30? W erze masowego pożerania treści Netflix wychodzi naprzeciw oczekiwaniom i testuje szybsze oglądanie.

Netflix produkuje tyle treści, że obejrzenie wszystkiego staje się niemożliwe. No chyba że moglibyśmy oglądać seriale szybciej? Funkcja oglądania ze zmienną prędkością, która jest dostępna w wielu odtwarzaczach wideo, teraz wchodzi także do streamingu.

Netflix testuje funkcję szybszego oglądania

Jak doniósł serwis Android Police, właściciele niektórych urządzeń z Androidem dostali do dyspozycji nowe narzędzie. Oglądając film czy serial na Netfliksie, mogą wybrać prędkość standardową, x0,5, x0,75, x1,25 albo x1,5. Netflix potwierdził, że taka funkcja jest testowana.

Netflix przyspieszone oglądanie

Funkcja jest o tyle kontrowersyjna, że zakłada ingerencję Netfliksa (nie pierwszą i zapewne nie ostatnią) w integralność dzieł twórców, w których tempo ma znaczenie. Jeśli Martin Scorsese nakręcił 3,5-godzinnego "Irlandczyka", to prawdopodobnie jednak po to, żebyśmy delektowali się nim przez 3,5 godziny. A jeżeli nie możemy poświęcić mu tyle czasu, to być może "Irlandczyk" nie jest dla nas.

Szybsze oglądanie na Netflix? Twórcy tego nie chcą

Business Insider donosi, że podobnie myślą twórcy. Judd Apatow, reżyser "40-letniego prawiczka", który współpracował z Netfliksem m.in. przy serialu "Love", oznajmił na Twitterze, że jak będzie trzeba, zadzwoni do każdego z twórców na świecie, żeby z tym walczyć, i w końcu wygra. "Dajemy wam fajne rzeczy. Zostawcie je tak, jak mają być oglądane" – napisał.

Brad Bird, reżyser "The Incredibles", nazwał to "kolejnym spektakularnie złym pomysłem" i "kolejnym ciosem dla już wykrwawiającego się doświadczenia kinowego", a także zapytał, po co wspierać wizje filmowców, jeśli potem niszczy się ich pracę.

Kontrowersyjny pomysł idealnie pasuje do Netfliksa i do czasów, w których filmy i seriale raczej się pochłania niż ogląda. Dla korporacji takich jak Netflix jesteśmy nie widzami, nie miłośnikami sztuki filmowej, tylko konsumentami. Boleśnie dało się to odczuć, kiedy streamingowy gigant skasował "One Day at a Time", a potem kolejne seriale, jak "The OA". "Krótsze sezony są uważane za optymalne w konsumpcji, a wszelkie dodatkowe odcinki powyżej 10 w sezonie nie dodają żadnej wartości, czyli są niepotrzebnym wydatkiem dla stacji" – pisał wtedy Deadline, wyjaśniając serialową strategię Netfliksa.

Trudno sobie wyobrazić, dlaczego ktoś, kto kocha filmy i seriale, miałby oglądać je na przyspieszeniu. Żeby zaliczyć? To może jednak lepiej zrezygnować i zająć się czymś, co faktycznie sprawia nam przyjemność? Jedynym, którym nowa funkcja faktycznie może się przydać, jesteśmy my – serialowi recenzenci, zawalani coraz większą ilością produkcji byle jakich. Gdybym mogła obejrzeć screenery "Daybreak" w przyspieszonym tempie, prawdopodobnie bym skorzystała. Zwykłym widzom mogę doradzić: nie oglądajcie "Daybreak" w ogóle, szkoda waszego czasu.

Wszystko to jednak sprowadza się do kwestii: czy aby na pewno potrzebujemy tysiąca średnich seriali i filmów Netfliksa co roku? Czy w nadążaniu za popkulturą rzeczywiście chodzi o zaliczanie wszystkiego, o czym się mówi, w jak najszybszym tempie? Czy może odpowiedzią powinno być: mniej seriali, za to wyższej jakości? Netflix próbuje "rozwiązać" problem, który sam stworzył, przy okazji wystawiając naszą miłość do seriali na kolejną próbę.