"Work in Progress", czyli queerowa, ludzka i nie taka depresyjna komedia – recenzja serialu

"Work in Progress" (Fot. Showtime)

0

Niska samoocena, kiepskie perspektywy i poczucie braku tożsamości. Bohaterka nowego serialu Showtime może wyglądać stereotypowo, ale bynajmniej taka nie jest. Drobne spoilery.

Poznajcie Abby (w tej roli chicagowska aktorka, scenarzystka i improwizatorka Abby McEnany). Abby ma 45 lat i jest, jak sama się określa, "grubą lesbą". Ma nudną pracę w biurze, kilka przyjaciółek i siostrę, która choć homoseksualistką nie jest, i tak cieszy się większym powodzeniem wśród kobiet od Abby. Poza tym nasza bohaterka próbuje ze średnim powodzeniem bycia feministką, cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, chodzi na terapię i za pomocą migdałów odmierza dni do samobójczej śmierci.

Work in Progress – queerowa komedia dla każdego

Wnioskując po co najmniej dziwnym ostatnim zdaniu, można przypuszczać, że "Work in Progress" będzie kolejną z nurtu komedii, które trochę śmieszą, ale bardziej jednak smucą. Po części tak jest, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Nowa produkcja stacji Showtime (premierowy odcinek jest już na HBO GO, ja widziałem pierwsze trzy) nie chce wcale wpędzić ani widzów, ani swojej bohaterki w depresję. Przeciwnie, jest raczej serialem mogącym z niej skutecznie wyciągnąć, mimo że wcale nie serwuje oderwanej od ziemi radosnej historii.

Serial Work in Progress

To już zresztą wiecie, bo na pewno wpadliście na to, że szczęśliwi ludzie nie mówią o myślach samobójczych, nieważne na ile poważne by one nie były. A w przypadku Abby raczej nie są, prędzej będąc wyrazem frustracji i zniechęcenia, jakie odczuwa bohaterka na myśl o swoim życiu, połączonych z wisielczym poczuciem humoru. Dla nas najważniejsze jest jednak, że efektem tej mieszanki, oprócz kilku sarkastycznych kwestii, okazała się na poły autobiograficzna komedia (oprócz McEnany autorami scenariusza są Tim Mason i Lilly Wachowski), która z wyczuciem potrafi poruszać całe spektrum poważnych tematów – od problemów z tożsamością płciową, przez choroby psychiczne do body shamingu.

Wszystko to w trakcie podglądania codzienności Abby, która zmienia się pod wpływem poznania pewnej uroczej kelnerki, która tak naprawdę okazała się znacznie młodszym od naszej bohaterki transmężczyzną imieniem Chris (Theo Germaine). Fabułę można zatem w gruncie rzeczy sprowadzić do banalnej historyjki miłosnej, ale byłoby to znaczne uproszczenie. Pod jej przykrywką "Work in Progress" ma bowiem do zaoferowania znacznie więcej, zachowując przy tym lekką i przyjemną komediową formę.

Work in Progress to skromny serial z ambicjami

Tak lekką, że łatwo serialu Showtime nie docenić, widząc w nim tylko półgodzinną telewizyjną błahostkę. Wystarczy jednak chwila, by uświadomić sobie, że granica pomiędzy powagą a komedią, na jakiej nieustannie balansują tu twórcy, jest niezwykle cienka, a jej utrzymanie z pewnością nie należało do prostych zadań. Mały krok dzieli tu inteligentny dowcip od niesmacznej parodii, niewiele też trzeba, by zrozumienie Abby zamieniło się w wybrzmiewającą fałszywymi nutami litość.

Work in Progress Showtime

A przecież ta kobieta wcale jej nie potrzebuje, mając rzecz jasna masę problemów, z którymi większość ludzi zmagać się nie musi, ale też oparcie w innych i możliwości, z których trzeba tylko skorzystać. "Work in Progress" jest w dużej części właśnie o tym, jak bohaterka zmaga się z lękami, depresją, niepewnością czy nagłymi atakami paniki, starając się nie rezygnować przez nie z życia. To byłoby prostym rozwiązaniem, pewnie często kuszącym, ale nie o takie wyjście chodzi.

Abby McEnany i reszta doskonale zdają sobie z tego sprawę, stawiając przed bohaterką coraz to nowe wyzwania i tym samym każąc się jej rozwijać. A pomysłów im nie brakuje. Czasem prezentują więc bardzo samoświadome podejście, jak w wątku dotyczącym androgynicznej urody Abby (zestawionej z niejaką Pat – nieokreśloną płciowo postacią, którą przed laty w "SNL" kreowała Julia Sweeney, pojawiająca się tu we własnej osobie); kiedy indziej zanurzają się w czystym komediowym absurdzie (początkowa scena z terapeutką) albo odlatują w rejony, w jakie telewizja, nawet z założenia queerowa, raczej się nie zapuszcza.

Nigdy jednak nie można ich serialowi odmówić wrażliwości i umiejętności takiego poruszania każdej kwestii, by widzowie zrozumieli, co się do nich mówi, nie czując jednocześnie, że ktoś wbija im coś młotkiem do głowy. A jak rzadko spotykane to we współczesnej telewizji podejście, to pewnie nie muszę wam tłumaczyć. Tym większe brawa należą się "Work in Progress", bo tak nienachalnie przekazywanych tylko pozornych oczywistości, mogliby się od tej skromniutkiej produkcji uczyć znacznie więksi gracze (również w kwestii szeroko pojętej "queerowatości", wręcz niepostrzeżenie wpisanej w serialowy świat).

Work in Progress recenzja

Work in Progress, czyli życie z nutą optymizmu

Na tym się zresztą dobre przykłady nie kończą. Wszak niewiele jest seriali potrafiących błyskawicznie kupić widza, a potem podtrzymać jego zainteresowanie mimo stosunkowo prostej konstrukcji scenariusza. "Work in Progress" osiąga to bez wysiłku, w czym zasługa zarówno ekranowej charyzmy i wyrazistości Abby McEnany, jak i płynnie poprowadzonej narracji. Może na dłuższą metę będzie ta historia zbyt banalna, a drugoplanowe postaci (zwłaszcza Chris) okażą się za bardzo wygładzone, ale póki co absolutnie w niczym to nie przeszkadza.

Na razie wystarcza, że serial w kapitalny sposób bawi się motywami, które gdzie indziej traktowano by w stu procentach serio (jakie reguły panują w związku lesbijki z transmężczyzną?), pokazując przy tym swoje bardzo ludzkie oblicze. Nie ma na celu edukowania widzów w kwestii osób nieheteronormatywnych i nie próbuje się w żaden sposób wywyższać, choć w sumie mógłby, bo z niewieloma tytułami można go zestawić. A mimo tego jest zwyczajną historią zwyczajnej kobiety i pragnie tylko zaskarbić sobie waszą sympatię oraz może wlać w szarą codzienność nieco barwnego optymizmu. Na pewno nikomu to nie zaszkodzi.

Nowe odcinki Work in Progress w poniedziałki w HBO GO