"Dare Me", czyli niebezpieczne cheerleaderki – recenzja nowego thrillera młodzieżowego

"Dare Me" (Fot. USA Network)

0

Pilot "Dare Me" zapowiada dość mroczne, choć niezbyt głębokie guilty pleasure. Ale chyba warto dać sobie szansę zabawy przy tym thrillerze o znudzonych nastolatkach i ich niebezpiecznej trenerce.

Kiedy prawie wszystkie seriale nam się pokończyły albo wrócą dopiero w styczniu, startuje na USA Network młodzieżowy thriller, który odrobinę wypełnia końcoworoczną lukę. Na podstawie pilota stwierdzam, że w innym momencie "Dare Me" mogłoby przepaść w tłumie, a tak, skoro już sięgnęłam, prawdopodobnie przytrzyma moją uwagę na co najmniej parę odcinków.

Ale nie na pewno, bo biorę poprawkę na to, że często nie mam cierpliwości do takich historii. Wprawdzie nie znam powieści Megan Abbott (która z Giną Fattore odpowiada za serialową adaptację), ale na podstawie 1. odcinka odnoszę wrażenie, że to materiał w rodzaju książek Gillian Flynn czy Pauli Hawkins. Nie przepadam. Z drugiej strony, powieści tych autorek, nawet mocno średnie, na ekranie potrafią pozytywnie zaskoczyć ("Zaginiona dziewczyna" Davida Finchera, "Ostre przedmioty" od HBO). Może "Dare Me" też okaże się czymś więcej, niż wskazywałby sam pilot?

Serial Dare Me – brutalność licealnego życia

Póki co mamy do czynienia z opowieścią o Addy (Herizen Guardiola, "The Get Down), ambitnej cheerleaderce, która zrobi wszystko, by wyrwać się z małego miasteczka. Zadania nie ułatwia jej zaborcza przyjaciółka, Beth (Australijka Marlo Kelly), nauczona, że mały szkolny światek kręci się wokół niej. Gdy drużynę obejmuje nowa trenerka, Colette French (tak, też się zastanawiam, kto i po jakichś środkach wymyślił te personalia), grana przez Willę Fitzgerald (serialowy "Krzyk" "Małe kobietki" z 2017), świat dziewczyn wywrócony zostaje do góry nogami. I dojdzie, jak sugerują sceny z teraźniejszości – potem cofamy się w pilocie o trzy miesiące – do jakiejś tragedii.

Dare Me serial recenzja

Sama fabuła na razie trzyma w napięciu średnio, niejeden taki thriller widzieliśmy. Ciekawsze są postacie, sceneria i sposób kręcenia serialu. Addy to raczej obiekt kolejnych manipulacji, zafascynowana trenerką, ale i przyzwyczajona do ustępowania przyjaciółce. Może coś pokaże w kolejnych odcinkach. Beth i Colette to inna historia, nimi można się zainteresować od razu, nawet jeśli to jak zainteresowanie rozpędzonym pociągiem, po którym widać, że za moment się wykolei.

Dare Me, czyli niebezpieczne bohaterki

Pierwsza z tych postaci pod wieloma względami wpisuje się w stereotypową licealną mean girl, ale wyróżnia ją całkowicie nienormalna sytuacja rodzinna, która może powodować agresję, i to, że w Beth wszystko jest podkręcone do maksimum. Czego dowodem co najmniej jedna, może i przerysowana, jednak jakoś pasująca do tej postaci, scena w lesie. Trudno tej niezrównoważonej (nie uroczo, ale naprawdę niebezpiecznie) bohaterce współczuć, ale ciekawe, do czego posunie się w kolejnych odcinkach.

Colette natomiast załatwia sprawy na zimno, jednak od zbuntowanej członkini drużyny dzieli ją zaskakująco niewiele. Chociaż jest, jak zauważają jej podopieczne, "strasznie stara", bo ma, uwaga, 28 lat ("Dare Me" bywa okrutne nie tylko dla bohaterów…), i mimo pozornie udanego małżeństwa z Mattem (Rob Heaps, "Imposters") trenerka skrywa sporo sekretów, jej metody nieraz przypominają znęcanie, a manipulowanie nastolatkami opanowała Colette perfekcyjnie.

Dare Me serial recenzja

Rozgrywki między bohaterkami toczą się w miasteczku, jakich pewnie wiele, ale tu tej zwyczajności nadano demoniczny wydźwięk. Licealiści mówią głównie o tym, jak uciec, rodzice natomiast albo ich ograniczają, przerzucając na nich własne rozczarowanie życiem, albo dzieci ignorują, zajęci swoimi wojenkami i depresjami. Nic dziwnego, że Addy daje się skusić Colette, która powtarza jej, jaka jest wyjątkowa, Beth reaguje gwałtownie na myśl, że dla przyjaciółki ktoś mógłby być ważniejszy, a większości zespołu nie przeszkadza wycisk, skoro trenerka "ma włosy jak Kopciuszek".

Małomiasteczkowa groza w serialu Dare Me

W tle mamy też lokalną politykę i szumnie ogłaszane inwestycje, którymi rządzi ojciec Beth, Bert (Paul Fitzgerald, "Younger", "Treme"). Ważną rolę odgrywa sierżant Will (Zach Roerig, "Pamiętniki wampirów"), który rekrutuje licealistów do armii, bo to jedna z nielicznych dostępnych dróg ucieczki z miasteczka. To wszystko nakręcono w powolnym, onirycznym stylu, kojarzącym mi się trochę z "Drive" Nicolasa Windinga Refna. Dużo tu scen odkrywania wielkich sekretów albo podkręcania, czasem nadmiernie, emocji. Ale jest i miejsce na budowanie tego niesympatycznego świata, na pokazywanie toksyczności relacji między postaciami.

Po pilocie to raczej powolniejsze, bardziej wystylizowane "Słodkie kłamstewka" niż Hitchcock czy nawet Fincher, a już na pewno nie w gruncie rzeczy pozytywne "Friday Night Lights" (chociaż wśród producentów znajduje się Peter Berg). Ale nawet jeśli "Dare Me" okaże się nie solidnym neo-noirem o młodzieży, a tylko wciągającym guilty pleasure, to na ich nadmiar ostatnio nie narzekamy. Oby tylko nie wciągał nas na zbyt długo. Podobno mimo że materiału książkowego aż tak dużo nie ma, twórcy chętnie wyszliby poza jeden sezon.