Pytanie na weekend: Wasza ulubiona sitcomowa grupka przyjaciół to...?

Fot. NBC

0

Serialowe grupki przyjaciół są stworzone do tego, żeby je lubić. Większość rankingów na najsympatyczniejszą ekipę wygrywają Monica, Chandler, Ross, Phoebe, Joey i Rachel. A jak to jest u was?

W dzisiejszym Pytaniu na weekend znów królują sitcomy, a dokładniej te o grupach przyjaciół. Ich wysyp zaczął się w latach 90. i trwa do teraz, tyle że w coraz bardziej nietypowych i szalonych wersjach. Które sitcomowe grupki są waszymi ulubionymi?

Kamila Czaja: Przyjaciele

przyjaciele sitcomy

Mam słabość do sitcomów o grupie przyjaciół, co powiedziałam sobie znów całkiem niedawno, gdy zdecydowanie za długo zostałam przy "The Unicorn". Wprawdzie serial dość szybko zaczął mnie nudzić, no ale ta chemia w ekipie, na dodatek złożonej z takich aktorów... Jeszcze wyraźniej sformułowałam sobie tę słabość, myśląc nad odpowiedzią na weekendowe pytanie. Wprawdzie od początku wiedziałam, co u mnie wygra, ale już lista "o tym trzeba by chociaż wspomnieć" rozrosła się ponad miarę.

Ale jak tu nie wspomnieć choćby o talencie Michaela Schura do tworzenia świetnych ekip? I nieważne, czy podbijają one ziemski świat biurokracji ("Parks and Recreation"), czy walczą z biurokracją zaświatową ("Dobre Miejsce"). Poza tym są przecież inne cudowne paczki złożone ze zróżnicowanych, nieraz ekscentrycznych postaci, które doskonale się uzupełniają i razem mogą pokonać wszystkie problemy ("Community", "Happy Endings", "Unbreakable Kimmy Schmidt", "GLOW"). Chciałabym też wyróżnić grupę "poznaną" stosunkowo niedawno, a już tak ważną, czyli niesfornych nastolatków z "Derry Girls". I koniecznie przypomnieć dorosłe, a równie niesforne "The Cul-de-Sac Crew" z "Cougar Town".

A kto wygrywa? Oczywiście Chandler, Monica, Rachel, Ross, Joey i Phoebe - u mnie indywidualnie w tej kolejności, ale przede wszystkim jako zwycięska całość. Wiem, że przed nimi byli inni, choćby w "Cheers", gdzie "każdy zna twoje imię", czy w "Seinfeldzie", wzorcu z Sèvres takich seriali. Ale to paczka z "Przyjaciół" jest jedyną, którą traktuję jako ratunek i której rozmowy potrafię cytować, na każdą życiową okazję znajdując analogię do czegoś, co spotkało tę sympatyczną szóstkę.

Mateusz Piesowicz: Parks and Recreation

przyjaciele sitcomy

Choć bardzo przeze mnie lubianych komediowych ekip nie brakuje, tu w gruncie rzeczy tak na poważnie brałem pod uwagę tylko dwie (no może jeszcze "Brooklyn 9-9" przemknął mi przez głowę). Obydwie zresztą zawdzięczamy temu samemu człowiekowi, co tylko potwierdza, że Michael Schur posiada nie taki znowu częsty talent do znakomitego dobierania postaci i aktorów oraz jeszcze rzadszy dar obdarzania swoich bohaterów autentycznymi osobowościami – jakkolwiek oderwane od ziemi by one nie były.

A przecież choćby te z "Dobrego Miejsca" są i to w niektórych przypadkach całkiem mocno, co nie przeszkadzało mi tak bardzo zżyć się z tą grupą, że niedawne rozstanie przeżyłem jak niewiele innych serialowych pożegnań. Właściwie to tylko jedno dotknęło mnie w większym stopniu i właśnie dlatego ta ekipa ostatecznie wygrywa.

Mowa oczywiście o Leslie Knope i całej reszcie bohaterów "Parks and Recreation", do których wracam już teraz jak do starych przyjaciół, za każdym razem uwielbiając ich jeszcze bardziej. Choć początki wcale nie były łatwe, bo jak cały serial i oni potrzebowali chwili na dotarcie, a ja na odkrycie, że za przerysowanymi postaciami kryją się ludzie, do których się wyjątkowo przywiążę.

Marta Wawrzyn: Seinfeld

Przyjaciele sitcomy

Ja z postaciami sympatycznymi zawsze miałam problem, podobnie jak z lukrowaniem rzeczywistości, co w sitcomach jest nagminne. Udało mi się autentycznie polubić bohaterów "Happy Endings", bo wszyscy mieli w sobie coś, co ich wyróżniało z tłumu, i z tego samego powodu mam słabość do postaci z seriali Michaela Schura. Nie wiem, jak on to robi, że stworzył już trzy ekipy cudownych ekscentryków, którzy wypadają na ekranie najnaturalniej na świecie, ale chylę czoła.

Ale ulubioną grupkę sitcomowych przyjaciół mam od lat tylko jedną – tę, która prawdopodobnie obrzuciłaby mnie obelgami, gdybym odważyła się do nich zbliżyć. Jerry Seinfeld na przełomie lat 80. i 90. poszedł pod prąd, tworząc serial, jakiego jeszcze nie było i bohaterów, jakich telewizja się bała. Jerry (w tej roli sam twórca), George (Jason Alexander), Elaine (Julia Louis-Dreyfus) i Kramer (Michael Richards) wyróżniali się i do dziś wyróżniają się tym, że byli absolutni okropni. Byli szczerym portretem najgorszych wersji nas wszystkich i kompletnie nic sobie z tego nie robili.

Choć "Seinfeld" miał 9 sezonów i 180 odcinków, nikt w ich trakcie nie dorósł, nie zmądrzał, nie dojrzał do stałego związku, nie zrealizował żadnych ambicji. Wszyscy z czwórki z grubsza pozostali sobą – bandą obiboków i cyników, których kompletnie nie ruszało to, czego wymaga od nich społeczeństwo. Do tego stopnia, że po tragicznej, absurdalnej i prześmiesznej śmierci narzeczonej jednego z nich padło słynne: "To co, idziemy na kawę?". To moi bohaterowie i nie sądzę, żeby ktokolwiek kiedykolwiek był w stanie ich pobić, zastąpić albo chociażby zbliżyć się do nich.