"Gra o tron" (2x05): Jak pionki na szachownicy

Fot. HBO

Fot. HBO

5. epizod 2. sezonu "Gry o tron" jest ciekawszy niż poprzednie, ale nadal przypomina rozstawianie pionków na wielkiej szachownicy.

Odcinek "The Ghost of Harrenhal" rozpoczyna się od mocnego uderzenia – prosto w serce jednego z królów Westeros. Potem też jest ciekawie. Przede wszystkim za sprawą fabuły literackiego pierwowzoru, w którym akcja w końcu nabrała rozpędu – ale też dzięki pierwszym w tym sezonie scenom nakręconym z pewnym rozmachem.

Do tej pory 2. sezon "Gry o tron" przypominał teatr telewizji (może poza kilkoma ujęciami w 1. odcinku). W "The Ghost of Harrenhal" możemy podziwiać piękne panoramy islandzkich gór odgrywających ziemie Za Murem. Na sekundę pojawia się również flota króla Stannisa (Stephen Dillane) – oczywiście animowana komputerowo, ale robiąca wrażenie. Chyba moje wcześniejsze podejrzenia są słuszne i producenci władowali cały budżet w nakręcenie bitwy o Królewską Przystań.

A do decydującej bitwy wszystko już zmierza. W stolicy Westeros z powagi sytuacji zdaje sobie sprawę jednak tylko Tyrion Lannister (Peter Dinklage). Namiestnik niski wzrostem, ale wielki rozumem, szykuje dla wrogiej floty gorącą niespodziankę...

Coraz ciekawiej rozwijają się wątki niektórych postaci. Widzowie mogą się przekonać, jakim żałosnym frajerem jest Theon Greyjoy (Alfie Allen) – chociaż to w sumie los postawił go w nieciekawej sytuacji. Arya Stark (Maisie Williams) staje się tytułowym Duchem Harrenhal, a Brienne pokazuje, że ma więcej honoru, niż wszyscy rycerze w Westeros razem wzięci. Daenerys (Emilia Clarke) otrzymuje zaś ofertę matrymonialną.

Stopniowo pojawiają się nowe elementy typowego fantasy. Do smoków (ciągle malutkich) dołączają tajemniczy magowie z Quarth. W drugiej połowie sezonu (tak, to już półmetek!) będzie zapewne wszystkiego więcej – więcej smoków, więcej magii, więcej krwi i spisków. Jeśli twórcy serialu się postarają, może ten sezon jeszcze nas zaskoczy i zadziwi.