"Dr House" (8x19): Siła uczuć

"Dr House: The C Word"

"Dr House: The C Word"

W "The C Word" mogliśmy śledzić dwie równoległe historie o uczuciach. Niech to Was nie odstraszy, bo bynajmniej nie było telenowelowo. Wręcz przeciwnie - to był kolejny dobry odcinek "House'a".

Rak Wilsona spadł na House'a i Wilsona niczym grom z jasnego nieba. Szczególnie dla Wilsona, onkologa, to wręcz dopust boży. Szybko okazało się, że to co mówił pacjentom nie jest w stanie przekonać również jego. Rak to choroba, z którą trudno się pogodzić, szczególnie komuś, kto widział, jak umierają jego pacjenci. Nic dziwnego, że Wilson nie chce umierać w szpitalnym łóżku we własnym gównie, otoczony litością.

Ma jednak szczęście - ma House'a. Jakkolwiek ma nasz doktor paskudny, mizantropijny charakter, to jednak przyjacielem jest lojalnym i narazi nawet swoje zwolnienie warunkowe, aby Wilsonowi pomóc. Na kanapie House'a znacznie przyjemniej (a raczej mniej upokarzająco) jest brać chemię niż w szpitalnym łóżku. I znacznie łatwiej jest wymiotować przy przyjacielu niż przy anonimowym personelu szpitalnym. A House okazuje się być naprawdę przyjacielem. I to takim, jakiego każdy z nas chciałby mieć.

Koncentracja House'a na Wilsonie sprawiła, że jego zespół musiał radzić sobie z przypadkiem całkowicie sam. Sam przypadek był "zwyczajnie" niestandardowy, a jeszcze bardziej niestandardowy był sposób zajmowania się nim. Bez House'a ekipa musiała radzić sobie nieco inaczej i dowiodła, że nie jest on tak niezbędny, jak mogłoby się wydawać.

Dla mnie wątek małej pacjentki miał jednak coś ważniejszego, mianowicie kwestię rodziców dziewczynki. Matkę opętaną wręcz obsesją wyleczenia córki z rzadkiej choroby genetycznej (która ułatwiła małej trafienie do ekipy House'a) i ojca, który robił wszystko, by dziecko mogło być choć przez chwilę szczęśliwe. Oboje mają, w sumie, ten sam cel, ale wybrali inne drogi, co sprawiło, że co chwilę się kłócą i ścierają. Co dało okazję do przejmującej sceny, w której 6-letnia dziewczynka stwierdza z przerażającą dojrzałością, że "Może rodzice znów będą razem, jeśli umrę".

"The C Word" oglądałem z gotowymi chusteczkami pod ręką, ale nie były one potrzebne. Twórcy nie popadli w przesadę i nie było nadmiaru wzruszeń. Choć szczery śmiech na koniec był taki trochę przez łzy...

Proszę państwa, "Dr House" wrócił wreszcie i mam nadzieję ostatecznie do formy, jaką pamiętamy z wcześniejszych sezonów.