Pytanie na weekend: Z którą serialową postacią za nic nie chcielibyście spędzić kwarantanny?

Fot. The WB/Showtime/CBS

0

Jeśli irytują was własne rodziny podczas zamknięcia, wyobraźcie sobie, że mogłoby być gorzej. Moglibyście mieć rodzinę jak z "Sukcesji" albo wylądować na kwarantannie z Sheldonem.

Dwa tygodnie temu, kiedy kwarantanna była jeszcze nowością, pytaliśmy, z którą serialową postacią chcielibyście ją spędzić. W dzisiejszym pytaniu na weekend odwracamy sytuację. Z którą z postaci z małego ekranu za nic w świecie nie chcielibyście zostać zamknięci na dwa tygodnie?

Mateusz Piesowicz: Frank Gallagher – Shameless

Shameless irytujące postacie seriale

Ciekawe, że łatwiej mi wymienić serialowych bohaterów, z którymi na pewno nie chciałbym spędzić kwarantanny, niż na odwrót. Nie wiem, czy to kwestia wygórowanych oczekiwań, czy po prostu takiego a nie innego doboru repertuaru, ale kandydatów mam aż nadto (i nie jest to cała familia Royów z "Sukcesji").

Jest za to Sheldon Cooper ("Teoria wielkiego podrywu"), którego obecności wyjaśniać nie trzeba. Po piętach depczą mu Larry David ("Pohamuj entuzjazm") i David Brent ("The Office") – ciekawe, który zirytowałby mnie szybciej? Bo oczywiście najszybciej to ja wkurzyłbym czymś Larry'ego. Inny rodzaj niepożądanego towarzystwa reprezentują Daryl z "The Walking Dead" i Saga z "Mostu nad Sundem". Kwarantanna spędzona na ciszy, pomrukach i emocjonalnym chłodzie? No bajka po prostu.

Przebić to wszystko niełatwo, ale Frank Gallagher ("Shameless") udowadniał już nieraz, że wyzwań się nie boi. Temu też dał radę, bo mniejsza o wady wyżej wymienionych – żadne z nich nie jest zwyczajnym menelem. Pobyt z Frankiem byłby więc uciążliwy także fizycznie, nie wspominając o tym, jak mógłby zareagować, gdy skończy się alkohol. A znając go, skończyłby się szybko. Z drugiej strony, gdybym przeżył taką kwarantannę, już nic w życiu nie byłoby mi straszne.

Marta Wawrzyn: Sheldon Cooper – Teoria wielkiego podrywu

seriale irytujące postacie

Ja tym razem pójdę po linii najmniejszego oporu, bo po pierwsze Sheldon na tej liście być musi, a po drugie naprawdę za nic w świecie nie chciałabym zostać z nim zamknięta na dwa tygodnie. Tak, to fenomenalna, przerysowana postać, której oglądanie zarówno w młodszej, jak i starszej wersji sprawiało mi zawsze frajdę. Ale kwarantanny nie chciałaby z nim spędzić pewnie nawet jego rodzina i najbliżsi przyjaciele. Może wyjątkiem byłaby żona, Amy Farrah Fowler, bo akurat ona zwykle cierpiała raczej na niedobór Sheldona (zwłaszcza w łóżku), niż nadmiar. Dzieciakowaty doktor Cooper, z tysiącem swoich dziwactw, fobii i zasad, według których MUSI funkcjonować, byłby nie do zniesienia w sytuacji kryzysowej.

Inne moje typy to właśnie przerysowane postacie z seriali komediowych, często takie, które kocham w małych dawkach. Za nic nie chciałabym spędzić dwóch tygodni w zamknięciu z wesołkami, jak Chandler z "Przyjaciół", Jake z "Brooklyn 9-9" czy Andy z "Parks and Recreation". Optymizm Leslie Knope pewnie by mnie zabił, Phoebe Buffay doprowadziłaby mnie do szaleństwa (ale już nie Monica, bo z Monicą można by spędzać pożytecznie czas, szorując wszelkie powierzchnie), a o tym, co by ze mną zrobił Dwight Schrute, wolę nie myśleć. Jest jeszcze detektyw Monk, hipochondryk, który boi się wszystkiego nawet w normalnych czasach. Wyobraźcie sobie kwarantannę z kimś takim, a docenicie własne rodziny.

Kamila Czaja: Rory Gilmore – Gilmore Girls

seriale irytujące postacie

Nie jest tak, że od początku nie lubiłam Rory Gilmore. Wprawdzie zawsze ciekawsze wydawały mi się perypetie i teksty Lorelai i Emily, ale przez pierwsze sezony kibicowałam też najmłodszej przedstawicielce rodu, zarówno w wątkach prywatnych (w duchu: "Jaki fajny ten Dean… Ooo, Jess!"), jak i szkolnych. Potem jednak Jessa znów zastąpił już nie taki fajny Dean, a później Logan z rozpuszczoną ekipą. A Rory ujawniła, że wszystkie jej wielkie ambicje, rzekoma inteligencja, w tym emocjonalna, otoczka ukochanej dziewczynki całego miasteczka to pozory skrywające osobę rozwydrzoną, roszczeniową i wcale nie aż tak mądrą, błyskotliwą czy dowcipną, jak Rory sama o sobie sądzi. Wtedy już oglądałam "Gilmore Girls" raczej mimo jednej z głównych bohaterek niż ze względu na nią. Nie wytrzymałabym w zamknięciu z taką dawką pasywno-agresywnego narcyzmu i ukrytych za uśmiechem fochów, a wszystko w złudnym opakowaniu typu Bambi.

Ale kandydatów i kandydatek mam więcej. Pod wieloma względami podobna do Rory Marnie z "Dziewczyn". Britta z "Community" – tak okropna, że aż stworzono od jej imienia czasownik. Toksyczne rodzeństwo Pearsonów z "This Is Us", każde z osobna, ale jednak najgorzej razem. Oraz faceci z dwóch typów, których nie tylko na ekranie znieść nie mogę: pozorne "ciamajdy", które jakimś cudem wychodzą na wszystkim najlepiej (choćby Greg z "Sukcesji" czy Joel Maisel) oraz przekonani o własnej cudowności aroganci (jak Noah z "The Affair" albo Bill z "Masters of Sex").