Po 3. sezonie "The Good Wife": Drużyna marzeń

3. sezon "The Good Wife" pokazał, że to wciąż wspaniały serial z mocnymi postaciami, również drugoplanowymi, świetnie zrobionymi sprawami sądowymi i znakomicie rozpisanymi, dostarczającymi dużych emocji prywatnymi sprawami bohaterów. Ale czegoś w tym roku zabrakło.

Rozmyślanie o tym, co napisać o 3. sezonie "The Good Wife", chwilę mi zajęło i do niczego nie doprowadziło. Głupio i nieuczciwie byłoby go krytykować, bo z pewnością nie był zły. Był inny niż mój ulubiony 2. sezon. Wątki dotyczące zarówno prywatnych, jak i związanych z pracą spraw głównych bohaterów rozpisano znakomicie, tak że trzymały w napięciu do ostatniej chwili.

Zawieszenie Willa, dwóch facetów Diane, Eli i Julius w roli biurowych kogutów zdecydowanie nie doceniających swojej szefowej, Howard jako element humorystyczny, przygody Cary'ego w biurze Petera i jego powrót na złą stronę mocy. To wszystko było super. O dziwo, spodobało mi się też szybkie zakończenie romansu Willa i Alicii. Coś, na co czekaliśmy w napięciu przez dwa lata, okazało się nie wielką miłością, a przelotnym romansem, który żadnego z nich donikąd nie doprowadził. Alicia została niegrzeczną dziewczynką, ale tylko na chwilę, bo na więcej nie mogła sobie pozwolić. Ot, banalna rzeczywistość.

Rozczarowała mnie Lisa Edelstein jako Celeste – nie wiem co bardziej, postać czy sposób, w jaki została zagrana. Jej intrygi były grubymi nićmi szyte, a ona sama skrajnie antypatyczna i zwyczajnie nieciekawa.

Rozczarował mnie w tym sezonie Eli Gold, który rok temu był jednym z najmocniejszych punktów "The Good Wife". Rozumiem, nie zawsze mamy kampanię, czasem trzeba zajmować się bzdurami w Kongresie i przepychać się z irytującymi blondynkami. Liczyłam jednak na więcej. Miałam też nadzieję na większą liczbę wspólnych scen z Kalindą, w końcu w spoilerach kilka razy pojawił się "przeciek", że między nimi zawiąże się w tym sezonie ciekawa więź. Nie było niczego takiego, było jedynie kilka króciutkich scen, które szybko wyleciały mi z pamięci.

O ile polityczna część "The Good Wife" mnie w tym sezonie mocno zawiodła, o tyle sprawy sądowe były jak zwykle rewelacyjne: proste, niewydumane, nie na tyle insiderskie, żeby nie dało się tego oglądać bez słownika, a jednocześnie trzymające w napięciu niczym minithrillery prawnicze.

Występy gościnne to kolejny mocny element "The Good Wife". Denerwująca Patti i jej powiększająca się gromadka dzieci, robiący mnóstwo zamieszania Louis Canning, dziwaczny, przerażający morderca Colin Sweeney, roztrzepana, lecz zaskakująco skuteczna Elisabeth Tascioni, odrażający Mike Kresteva, w którego świetnie przemienił się Chandler z "Przyjaciół", urocza Caitlin (kiedy Anna Camp dostanie wreszcie główną rolę w jakimś serialu? Chciałabym ją oglądać i oglądać). Każda, nawet pojawiająca się na dwa czy trzy odcinki postać jest rewelacyjnie napisana, ma charakter, potrafi zainteresować. To samo tyczy się zresztą sędziów.

Canning i Patti jako "the dream team" byli w finale po prostu nieprawdopodobni, ale prawda jest taka, że cała ekipa "The Good Wife" to drużyna marzeń. Z sezonu na sezon coraz bardziej to widać, bo postaci rozwijają się wolno, z każdą sceną pozostawiając u widza lekkie uczucie niedosytu. Jeszcze przez wiele sezonów nie będą nas nudzić.

Świetny odcinek finałowy 3. sezonu (zauważyliście, że "The Good Wife" zawsze ma rewelacyjne początki i końcówki sezonów?) pozostawił nas z kilkoma pytaniami. Dla mnie tym ciekawszym cliffhangerem wydaje się sprawa Kalindy, która była w finale niesamowicie seksowna w swoim przerażeniu. Jej namacalny niemal strach sprawia, że po prostu nie mogę się doczekać tego jej słynnego męża. A tu tyle miesięcy czekania.

Drugim ważnym pytaniem jest, co zrobi Alicia. Moim zdaniem wróci, zje kawałek pizzy z rodziną, wesprze Petera w kampanii na gubernatora, a kto wie, może i zbliżymy się momentu, w którym wszystko zostanie wybaczone. Przez cały 3. sezon przekonywano nas, że Peter to w gruncie rzeczy porządny facet, który nagrzeszył porządnie, ale tylko raz i już się za to nacierpiał. W Alicii coś zaczęło się zmieniać i choć nie sądzę, żeby szybko przyjęła go z powrotem, nie zdziwi mnie, jeśli okaże się, że serial właśnie do tego zmierza.

Ta mała, głęboko ukryta feministka we mnie oczywiście wciąż się burzy na myśl o wybaczeniu komuś, kto zrobił kobiecie takie świństwo, ale po cichu przyznałabym rację scenarzystom, gdyby właśnie tak zdecydowali się poprowadzić wątek dobrej żony. Miałoby to uzasadnienie i z pewnością oglądałoby się serial nieźle, gdyby Alicia Florrick została Hillary Clinton 2.0.

Na co jeszcze liczę w 4. sezonie? Przede wszystkim chcę więcej prawdziwej polityki – i zapewne będę to miała, skoro Eli rzucił kampanię żony, by poprowadzić Petera prosto do fotela gubernatora. W 2. sezonie scenarzyści fantastycznie przełożyli kampanię prezydencką 2008 roku na język lokalnej polityki serialowej, teraz liczę na to, że podpatrują, co się dzieje w sztabach Romneya i Obamy.

Ciekawa jestem, jak będzie wyglądała w nowym sezonie przyjaźń Alicii i Kalindy oraz relacja Kalindy z Carym. Mam nadzieję, że powrót męża nie oznacza jednak końca wszystkiego innego. Zastanawia mnie, czy Will odzyska mocną pozycję w firmie i czy zostanie na dłużej z Callie. I jak będzie sobie radzić Diane, która swoją drogą pokazała, że została stworzona do roli szefowej firmy prawniczej. I czy Peter zostanie gubernatorem, i...

Mimo że 3. sezon "The Good Wife" troszkę mnie zawiódł i oceniam go o oczko niżej niż poprzedni, to jednak muszę przyznać, że serial wciąż ogląda się świetnie i nadal zostało bardzo dużo do opowiedzenia o każdym z bohaterów. "The Good Wife" ma nieprawdopodobnych scenarzystów, których mogą temu serialowi pozazdrościć nawet produkcje stacji kablowych.

REKLAMA