Pytanie na weekend: Jaki jest wasz ulubiony serial muzyczny?

Fot. HBO/FOX/Amazon

0

W ten weekend zadebiutowało "The Eddy", serial o jazzowym Paryżu z Joanną Kulig w jednej z głównych ról. A my z tej okazji pytamy was o ulubione seriale muzyczne.

Dobrych seriali muzycznych brakuje i Netflix postanowił zapełnić tę lukę za pomocą "The Eddy". Głosy w sprawie tego, czy się udało, są podzielone, dokładnie tak jak kiedyś w przypadku "The Get Down" czy "Vinylu" od HBO. Nie pytamy was jednak o "The Eddy", tylko o seriale muzyczne, które najbardziej przypadły wam do gustu.

Kamila Czaja: Mozart in the Jungle

Mozart in the Jungle najlepsze seriale muzyczne

O serialach w specyficzny sposób muzycznych, bo aż musicalowych, mówię chyba aż za dużo, więc tym razem tylko przypomnę, że zawsze warto skusić się na "Crazy Ex-Girlfriend" (Netflix), "Flight of the Conchords" (HBO GO), "Dr. Horrible's Sing-Along Blog". I jak ja czekać z utęsknieniem, aż ktoś wreszcie zakupi do Polski "Galavanta". Dziś jednak wybiorę serial opowiadający o muzyce, która stanowi nieodłączny element życia bohaterów. Bo też mam wrażenie, że o tej produkcji wspominam za rzadko jak na to, że ją lubiłam. I jak na to, że wciąż żałuję, że przedwcześnie się skończyła.

"Mozart in the Jungle" to serial o nowojorskiej orkiestrze symfonicznej, w której zasłużonego dyrygenta (Malcolm McDowell) zastępuje ekscentryczny geniusz, Rodrigo (Gael García Bernal). Poznajmy też losy młodziutkiej oboistki Hailey (Lola Kirke), innych członków orkiestry (tu miedzy innymi rewelacyjna Saffron Burrows jako Cynthia) i próbującej to wszystko jakoś poukładać dyrektorki (Bernadette Peters).

Sama obsada może przyprawić o zawrót głowy, a trzeba docenić też humor, piękne zdjęcia i właśnie muzykę. Motywacje, wyzwania i sukcesy profesjonalistów w świecie muzyki klasycznej pokazano tu z taką werwą, że nawet niewprawiony w temat widz zaczyna przeżywać kolejne koncerty oraz trudności organizacyjne, z jakimi zmaga się orkiestra. Fantastyczne aranżacje, poważne rozmowy o tym, co znaczy być prawdziwym maestrem, a czasem nawet Mozart we własnej osobie. Nic, tylko podziwiać wszystkie cztery sezony na Amazon Prime Video, najlepiej wykorzystując X-Ray, które przy tym serialu może o muzyce naprawdę wiele nauczyć.

Mateusz Piesowicz: Mozart in the Jungle

Mozart in the Jungle najlepsze seriale muzyczne

Sam nie wiem, czy trudniej zrobić serial muzyczny, czy musical, ale sądząc po liczbie udanych prób, ani jedno, ani drugie nie jest prostym zadaniem. Gdybym miał wymienić tego typu produkcje, z którymi wiązałem jakieś nadzieje, by potem się rozczarować, lista byłaby całkiem długa (od "Vinylu" począwszy). A już na pewno zawierałaby więcej niż trzy tytuły – tylko tyle natomiast brałem poważnie pod uwagę, odpowiadając na pytanie z tego tygodnia.

Pierwszym było "Glee", bo choć wiadomo, jak skończył szkolny musical w wersji Ryana Murphy'ego, wolę pamiętać jego fantastyczne początki, gdy trudno było się oderwać od ekranu. Drugim, netfliksowe "The Get Down" – projekt tak wielki i tak niepopularny jednocześnie, że nie miał prawa przetrwać, a szkoda, bo szalona wizja Baza Luhrmanna była jedyna w swoim rodzaju.

Wygrywa jednak i u mnie "Mozart in the Jungle", a do wszystkich jego zalet wymienionych już przez Kamilę dopisałbym jeszcze fakt, że to jedna z tych produkcji, które zawsze potrafiły wprowadzić mnie w dobry nastrój. Może to muzyka, może lekka i wdzięczną fabuła, a może bijący z ekranu optymizm. Cokolwiek to było, sprawiało, że rzeczywistość stawała się podczas seansu bardzo odległa. A tak potrafią tylko nieliczni.

Marta Wawrzyn: Treme

najlepsze seriale muzyczne

Uwielbiam zarówno seriale o muzyce, jak i musicale, i zgadzam się z większością typów przedmówców. "Mozart in the Jungle", "Flight of the Conchords" czy "Crazy Ex-Girlfriend" to świetne produkcje, długo trwałam przy "Glee" i "Smash", dałam się też porwać na początku "The Get Down". Nawet "The Eddy" prawdopodobnie otrzymało ode mnie wyższą ocenę, niż zasługuje, bo to po prostu są moje klimaty.

Ale numer 1 u mnie jest tylko jeden i nie jest to serial stricte muzyczny. "Treme" Davida Simona, czyli opowieść o Nowym Orleanie po huraganie Katrina, to przede wszystkim rewelacyjny serial dramatyczny, opowiadający o ludzkiej społeczności w trudnym momencie. A ponieważ mówimy o społeczności zamieszkującej tytułowe Treme, jazzowa muzyka na żywo towarzyszy nam w zasadzie non stop, czasem w tle, czasem jako istotna część fabuły. I sprawia, że aż chciałoby się znaleźć w tym magicznym miejscu, pomimo wszystkich problemów, z którymi akurat się zmaga. A te potrafią być naprawdę ciężkie, w końcu mówimy o produkcji twórcy "The Wire".

"Treme" to fenomenalna mozaika społeczna, list miłosny do Nowego Orleanu i serial muzyczny, który jest wyjątkowy w swoim rodzaju. Muzyka to tutaj integralna część tkanki miejskiej, obecna w każdym miejscu, w każdej sytuacji i w każdym momencie. Przez serial przechodzi niezliczona ilość parad, ciągle ktoś śpiewa w knajpie czy na ulicy, eksperymentuje z jakimś instrumentem albo przynajmniej słucha radia. Nowy Orlean to miasto, które muzyką żyje, i choćby z tego powodu jest absolutnie niezwykłe. Co widać w każdej minucie tego świetnego serialu.