"Gra o tron" (2x06): Królestwo silnych kobiet

"Gra o tron" (Fot. HBO)

"Gra o tron" (Fot. HBO)

Epizod "The Old Gods and the New" pokazał nam, że twórcy "Gry o tron" coraz bardziej odchodzą od treści literackiego pierwowzoru. Serialowi wcale nie wychodzi to na złe.

"Pieśń Lodu i Ognia" zdobyła gigantyczną popularność wśród fanów fantasy, ale im dłużej G.R.R. Martin przeciąga swoją opowieść, tym wyraźniej widać jego grafomanię. W ostatnich tomach sagi Martin mnoży wątki i postacie, ale nowe elementy tak naprawdę nie prowadzą do niczego istotnego. W "Starciu królów" (II tomie sagi, na którym oparto 2. sezon serialu) ta cecha pisarstwa Martina nie była jeszcze tak widoczna, ale już teraz scenarzyści z powodzeniem pozbyli się bardzo wielu bohaterów i wydarzeń. Równocześnie zaś zmodyfikowali niektóre wątki lub wprowadzili nowe postacie.

Szczególnie dobrym pomysłem scenarzystów jest stworzenie postaci Talisy (Oona Chaplin) – przybyłej zza morza tajemniczej dziewczynie, którą w 5. odcinku poznaje Robb Stark (Richard Madden). W 6. epizodzie król Północy popada w coraz większą fascynację Talisą – i widzowie mogą go w pełni zrozumieć. Talisa jest samodzielną, inteligentną i silną kobietą – nic dziwnego, że Robb może przez nią zapomnieć o obietnicy złożonej Freyom... W książce wybranką Robba staje się zupełnie bezbarwna Jeyne Westerling i naprawdę trudno zrozumieć, czemu akurat ona.

Wątki związane z kobietami generalnie są w serialu dużo ciekawsze i lepiej poprowadzone niż w literackim pierwowzorze. We wcześniejszych tekstach wspominałem już o rozbudowanej względem książki roli Margaery Tyrell (Natalie Dormer). Na podobnie rozbudowaną zaczyna wyglądać – już po pierwszym pojawieniu się na ekranie w 6. epizodzie – Ygritte (Rose Leslie). Dzika, rudowłosa dziewczyna pokazuje Jonowi Snow (Kit Harrington), że świat wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażał.

"The Old Gods and the New" zaczyna się jednak od zbyt wielkiego fabularnego cięcia. W pierwszej scenie odcinka dowiadujemy się, że zamek Winterfell zostaje zajęty przez oddział Theona Greyjoya (Alfie Allen). Tak oczywiście było w książce. Jednakże jeszcze w poprzednim odcinku mogliśmy oglądać, jak Theona przed wypłynięciem na wojnę poniżają jego właśni ludzie. W jaki sposób miękkiemu paniczykowi udało się namówić morskich wojowników na ryzykowną akcję i zmusić ich do posłuchu? Tego widzowie serialu się nie dowiadują.

Zdobycie Winterfell będzie miało dalekosiężne konsekwencje dla rozwoju dalszej akcji. Niemiło mnie zaskoczyło, że akurat z tym wydarzeniem scenarzyści obeszli się mocno po macoszemu. Poza tym jednak 6. epizod był – jak na razie – najlepszym odcinkiem 2 sezonu "Gry o tron". Szczególnie udane były dwie sceny: odwiedzin Petyra Baelisha (Aidan Gillen) u Tywina Lannistera (Charles Dance) w Harrenhall oraz zamieszek w Królewskiej Przystani.

Rozmowa Baelisha z Tywinem toczyła się w obecności małego podczaszego Lannistera, czyli Aryi Stark. I właśnie obserwowanie gry pomiędzy dziewczynką a Baelishem jest emocjonujące. Ona nie chce być rozpoznana i stara się ukryć twarz. Littlefinger zdaje się na to nie zwracać uwagi, ale jego jedno spojrzenie wystarcza, aby widzowie domyślili się, że on wie.

Scena spotkania w Harrenhall to kolejny samodzielny pomysł scenarzystów. Co innego zamieszki w stolicy królestwa – te zostały przedstawione wiernie. Możemy poczuć atmosferę ulic miasta rządzonego przez głupiego i okrutnego dzieciaka, zobaczyć, jak krucha jest władza Lannisterów. Oczywiście, jak zwykle w "Grze o tron" wielotysięczny tłum jest odgrywany przez kilkunastu statystów, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

Największym zaskoczeniem odcinka (także dla czytelników książki) jest jego zakończenie. Kradzież smoków – to dopiero! Z drugiej strony, takie wzbogacenie fabuły nie dziwi – Daenerys w literackim pierwowzorze przez cały II tom nie robi prawie nic. Scenarzyści musieli coś wymyślić – i wymyślili.

Wygląda na to, że ostatnie odcinki 2. sezonu będą dużo ciekawsze od poprzednich. A to dzięki zmianom wprowadzonych względem książki przez twórców serialu. Niewykluczone, że w kolejnych sezonach serial pójdzie w zupełnie innym kierunku niż opisał to Martin. Nie byłoby to złym rozwiązaniem.