Po finale "TBBT": Mniej miłości, więcej "Star Treka"

5. sezon "The Big Bang Theory" przywrócił mi wiarę w ten serial. Przygody fizyków z Pasadeny to nadal najlepsza rozrywka, jaką może nam zaoferować amerykańska telewizja!

Mocno obawiałem się 5. sezonu "The Big Bang Theory". To mój ulubiony serial komediowy, a tymczasem 4. sezon ledwie przetrwałem. Zresztą, nie tylko ja miałem problem – 4. sezon "TBBT" zanotował w USA o milion mniejszą oglądalność niż poprzedni. Gwałtowny spadek widzów w przypadku tak popularnego (i całkiem "nowego") serialu był czymś niespotykanym. Najwyraźniej dostrzegli to (na szczęście) twórcy serialu i dokonali skutecznej naprawy. Dzięki temu "TBBT" odnotowało najlepszy wynik w swojej historii, sięgając pułapu niemalże 16 mln widzów.

Co było tak irytujące w 4. sezonie "The Big Bang Theory"? Przede wszystkim serial stał się niezbyt śmieszny. Scenarzyści, zamiast dbać o zabawne gagi, zaczęli snuć intrygę rodem z telenoweli. W jej centrum znajdował się romans Leonarda (Johnny Galecki) z hinduską pięknością Priyą Koothrappalli (Aarti Mann), siostrą Rajesha (Kunal Nayyr). Niestety Priya okazała się być postacią całkowicie zabijającą humor w "TBBT". Nie wiadomo – czy za sprawą scenariusza, czy braku komediowych zdolności Aarti Mann, ale wątek Priyi okazał się być całkiem nietrafiony. Tymczasem rozbudowano go do granic możliwości (osobiście obstawiam winę Aarti Mann – ładna buzia nie pomaga w sitcomie, jeśli nie ma się za grosz talentu komediowego).

W dodatku swoje damsko-męsko problemy zaczęli mieć też Sheldon (Jim Parson) oraz Howard (Simon Helberg). Scenarzystom coraz trudniej było utrzymać klimat nerdowsko-geekowski, który zdecydował o powodzeniu serialu. Dowcipy o komiksach czy "Star Treku" niemal zniknęły, a serial zaczął upodobniać się do dziesiątek innych produkcji o grupkach przyjaciół.

Losy "TBBG" mogłyby się potoczyć bardzo źle, ale twórcy serialu się opamiętali. Już od pierwszych odcinków 5. sezonu można było poczuć klimat dawnych "Big Bangów". Powróciły żarty związane z geekowskim światem, za to definitywnie zniknęła Priya. Wątki damsko-męskie pozostały ważnym elementem fabuły, ale ukazywano je z dużo większym dystansem. Z dziewczyn: Penny (Kaley Couco), Bernadette (Melissa Rauch) oraz Amy (Mayim Bialik) utworzono niejako osobną paczkę, co zresztą okazało się strzałem w dziesiątkę. Kobiety naszych bohaterów razem okazały się równie zabawne, jak oni sami.

Co ciekawe, scenariusz "TBBT" piszą nadal ci sami ludzie, nie jest więc tak, że wprowadzono do drużyny kogoś bardziej utalentowanego. Po prostu wystarczyła sama zmiana konstrukcji fabularnej, odwrót od telenowelowej formy. Jak bardzo koncentracja na miłosnych intrygach może zniszczyć serial, pokazuje przykład "Jak poznałem waszą matkę".

Oczywiście, jednym z głównych wydarzeń 5. sezonu były przygotowania do ślubu Howarda z Bernadette oraz nawrót romansu Leonarda z Penny, ale wydarzenia te były tylko tłem dla klimatycznych gagów w rodzaju zabawkowego Spocka przemawiającego do Sheldona lub dyskusji z Siri. Nadal nie nudzą także żarty z aspołecznej postawy zwariowanego fizyka, który np. oddaje resztę po oszacowaniu ceny otrzymanego właśnie prezentu. Docenić należy także dowcipy z aktualnych geekowskich trendów, np. "Gry o tron" lub filmów o superbohaterach.

Ciekawy był finał sezonu. Z jednej strony autorzy nie zostawili wprawdzie specjalnego cliffhangera, ale z drugiej – ślubne perypetie Howarda i Bernadette były naprawdę fajne. No i ten szokujący moment, gdy Sheldon dotknął dłoni Amy... Pewnie, to też była jedna z tych irytujących damsko-męskich rzeczy, ale pokazano ją z niezwykłym wdziękiem. Poza tym to było gdzieś w tle, dyskretnie, bez pchania nam przed oczy.

Nie wiemy, co dla nas szykują twórcy "The Bing Bang Theory" po wakacjach (oby tylko Howard cało powrócił z kosmosu). 5. sezon był jednak pełen wspaniałych odcinków i przywrócił temu serialowi niepowtarzalny styl. Styl, za który "TBBT" kochają miliony widzów na całym świecie.

REKLAMA