Finał "Desperate Housewives", czyli odejście z klasą

To był przeciętny sezon, ale za to finał okazał się całkiem przyjemny. "Desperate Housewives" udała się sztuka, która wielu serialom nie wychodzi - odejście w samą porę. Uwaga na spoilery dotyczące dwóch ostatnich odcinków.

To jest już koniec, nie ma już nic... Pożegnaliśmy desperatki, jedni z żalem, inni z ulgą, wszyscy chyba zadowoleni, że udało się zakończyć ten serial w dobrym stylu. Jeszcze przed finałem nie wiedziałam, co napiszę, bo przyznam, że ten sezon podobał mi się tak sobie. Oczywiście, klamra spinająca historię Mary Alice z tym, co przydarzyło się czwórce przyjaciółek z Wisteria Lane w finale 7. sezonu i ciągnęło się przez sezon 8., była świetnie wymyślona. Ale całej historii zabrakło niestety napięcia, do przewidzenia było, że wszystko skończy się happy endem.

Dlatego proces Bree specjalnie mnie nie krecił i pierwsza część finału, odcinek "Give Me the Blame", bardziej mnie wynudziła niż zachwyciła. Oczywiście, moment Karen był wspaniały, poruszający i zapadający w pamięć. Na pewno nie zapomnę też finałowej chemii pomiędzy Bree a Tripem (Scott Bakula musi w końcu dostać własny serial!) oraz epickiej sceny pojednania Lynette z Tomem.

Dużo bardziej podobała mi się jednak druga część finału, "Finishing the Hat". To był prawdziwy powrót do korzeni: nie zabrakło humoru, nostalgii i strasznej tajemnicy w stylu tych, za które pokochaliśmy ten serial osiem lat temu. Scena z nową panią ogrodnik Solisów, w której Gaby i Carlos zamienili się swoimi dotychczasowymi rolami, przypomniała mi, że w poprzednich sezonach takiego humoru było pełno, i szczerze mnie rozbawiła.

Perypetie Renee z suknią ślubną wypadły fantastycznie - po raz kolejny zobaczyliśmy, że i Vanessa Williams, i Eva Longoria mają duży talent komediowy. Z przyjemnością też patrzyłam na Katherine (ach, Dana Delany! Czemuż ona odeszła?), która wyewoluowała w ostrą bizneswoman w cętkowanych szpilkach. Jej przechwałki i wyznanie, że porzuciła już seks z kobietami na rzecz biznesu było super, przypomniało mi, jak bardzo mi brakowało rudowłosej gospodyni.

Bałam się, że scenarzyści zepsują scenę umierania Karen – a tu taka niespodzianka! Śmierć starszej pani przy dźwiękach "Wonderful! Wonderful!" Johnny'ego Mathisa zgrabnie zmontowano z porodem Julie i ślubem Renee. Połączenie tych trzech scen to dla mnie zdecydowanie najlepszy moment w finale "Desperate Housewives". Samo życie.

Scena z duchami już mnie tak nie zachwyciła, choćby dlatego, że zabrakło w niej osoby, która przez większą część serialu była jedną z głównych bohaterek – Edie Britt. Rozumiem, że Nicolette Sheridan nie jest teraz w najlepszych stosunkach z ekipą "Gotowych na wszystko" i za nic nie wystąpiłaby w serialu, ale może wypadało po prostu zrezygnować z tej sceny, skoro tak ważnej postaci nie dało się pokazać? Bo skoro to miało być symboliczne pożegnanie z postaciami, które nie dożyły finału, wypadałoby albo pożegnać wszystkich, albo dać sobie spokój.

Na pewno zapamiętam na długo ostatnią grę czterech przyjaciółek w pokera. Niby taka drobnostka, a jednak idealnie wpasowana w nostalgiczny klimat finału. Zwłaszcza że to ostatnia gra nie tylko dla nas, ale też dla nich, bo za chwilę każda pójdzie w swoją stronę.

Czy rozjechanie się gospodyń po całej Ameryce to dobry pomysł? Zapewne tutaj każdy z nas będzie miał inne zdanie. Na pewno happy end był dość cukierkowy, ale czy przesłodzony? Nie, raczej nie. Zapewne nie będę za kilka lat pamiętać, która z pań została politykiem, a która CEO dużej firmy w Nowym Jorku. Ale na pewno zapamiętam, że to było bardzo sympatyczne pożegnanie.

Wprowadzenie nowej lokatorki, która ma pudełko ze straszną tajemnicą, to majstersztyk. Nie dowiemy się już, co ona tam trzyma, ale brawo dla twórców za tak fajne podsumowanie, o co w tym wszystkim chodziło. Gaby, Lynette, Bree i Susan już tam nie będzie, ale Wisteria Lane wciąż pozostanie miejscem, gdzie za fasadą ślicznych domków z idealnie skoszoną trawą kryć się będą sekrety, żony będą mordować mężów, a sąsiedzi nienawidzić się i przyjaźnić, na szczęście nie zawsze jednocześnie.

A ponieważ nie będzie tam już mieszkali ludzie, których znamy, po finale "Desperate Housewives" nie ma uczucia niedosytu. Desperatki odeszły i jest to niewątpliwie odejście z klasą.

REKLAMA