"Smash" (1x15): Narodziny gwiazdy

"Smash" (Fot. NBC)

"Smash" (Fot. NBC)

"Smash" to niestety serial dość przeciętny, ale jedno trzeba jego twórcom przyznać: potrafią robić fajne początki i końcówki sezonów. W finałowym odcinku 1. sezonu znów odkryłam tę magię, której nie brakowało w "Smash" na początku. Uwaga na spoilery dotyczące finału.

Uwielbiam musicale, premiery "Smash" wyczekiwałam z niecierpliwością, pilot bardzo mi się podobał, ale potem już nie było tak fajnie. Mniej więcej w połowie sezonu, jeszcze przed erą Rebekki Duvall, czyli Umy Thurman, napisałam tekst 6 powodów, dla których "Smash" jest tylko OK.

Potem było różnie, mimo to tego serialu nie rzuciłam. Muszę przyznać, że Uma Thurman świetnie zagrała kapryśną gwiazdę, która wbrew temu, co wszyscy mówili, nie umie śpiewać, na Broadwayu jest nikim i z jednej strony jest tym wszystkim przerażona, a z drugiej nie chce tracić władzy, jaką jej do tej pory dawało bycie celebrytką. Jej postać została zgrabnie wpisana w scenariusz, a jej odejście po aferze z orzeszkami wypadło wiarygodnie. Potrafię sobie wyobrazić, że tak właśnie wygląda robienie musicalu: ktoś chce gwiazdę, gwiazda wypada słabo, trzeba kombinować od nowa.

Ale dopiero odcinek finałowy, "Bombshell", przekonał mnie, że "Smash" jeszcze może być dobrym serialem. Przede wszystkim znakomicie go rozpisano: nie zabrakło napięcia, niemal do końca nie byliśmy pewni, kto został Marilyn. Podobała mi się bardzo część musicalowa: oczekiwanie aktorów, bieganina, niekończące się próby, nerwy, Karen w za dużej sukience, Derek wychodzący z siebie. Właśnie za to lubię ten serial.

Część "telenowelowa" też tym razem aż tak mi nie przeszkadzała. Pozostaję przy stanowisku, że Ellis powinien zostać wyrzucony, bo jego mataczenia są totalnie idiotyczne. Do twórców "Smash" najwyraźniej przez cały sezon nie dotarło, że widzowie nienawidzą tej postaci nie dlatego, że jest tak niesamowitym czarnym charakterem, ale po prostu jest totalnie bezsensowna, zachowuje się irracjonalnie, nie ma żadnego planu. Jak dziecko, które złośliwie przeszkadza dorosłym, bo chce, żeby nie traktowano go jak dziecko.

Wątki osobiste głównych bohaterów wciąż prują przed siebie jak szalone, nie dając czasu na zastanowienie, poukładanie tego wszystko czy choćby jakąkolwiek fajnie napisaną rozmowę na tematy inne niż musical. Skrzywdzona została zwłaszcza Julia, która po tych wszystkich koszmarnie nudnych przejściach rodem z "telenoweli produkcji polskiej" najwyraźniej... jest w ciąży. 40-letnia kobieta, która urodziła do tej pory jedno dziecko, zaszła w ciążę, bo raz przespała się z facetem innym niż jej mąż. Sorry, nie kupuję tego i mam nadzieję, że w 2. sezonie twórcy wycofają się z tego pomysłu.

Szkoda, że trójkąt Karen - Dev – Ivy potrwał tylko dwa odcinki. Twórcom "Smash" dokądś wyraźnie się spieszy, tylko dokąd, skoro 2. sezon już zamówiony? Niefajnie. Z drugiej strony Dev to moja druga znienawidzona postać, jeśli więc ten nudziarz zniknie z serialu na dobre, nie będę płakać.

Zwłaszcza że... dziewczyna z Iowy wyraźnie zaczyna podobać się panu reżyserowi – i to chyba nie tylko dlatego, że nie mógł jej mieć. Scena, w której Derek oznajmił Devowi, że "Karen jest teraz moja", to bardzo fajny moment. Między panną Cartwright i reżyserem widać rewelacyjną chemię, choć oczywiście nie chciałabym, aby znalazła ona szybko ujście w jakiejś banalnej scenie miłosnej. Przeciwnie, niech się z nami bawią, niech nas zwodzą, niech sprawią, abyśmy błagali o coś więcej. Bardzo, ale to bardzo bym chciała, żeby tego wątku w 2. sezonie nie schrzanili.

Sposób, w jaki Derek walczył o Karen, przekonał mnie – choć na początku kibicowałam jednak Ivy, jako osobie nie dość że fizycznie podobnej do Marilyn, to jeszcze śpiewającej w podobny sposób i na dodatek zdecydowanie bardziej zasługującej na tę rolę – że ona jednak coś w sobie ma, i kto wie, może faktycznie będzie dobrą Marilyn. Skoro zdobyła serce cynika, musi coś w sobie mieć. To coś, co sprawia, że staje się gwiazdą. Oczywiście nie byłaby nią, gdyby ktoś (Derek) jej nie pomógł, dlatego nie wypada nie zgodzić się z hasłem reklamowym "Smash": gwiazdy się nie rodzą, one są tworzone. Co nie zmienia faktu, że na scenie teatru w Bostonie w symboliczny sposób narodziła się gwiazda Karen.

Jednocześnie szkoda mi Ivy, którą okrutny show biznes potraktował znowu niesprawiedliwie. Nie mam bladego pojęcia, co mogą z nią zrobić w 2. sezonie, ale na pewno ta dziewczyna ma talent i zasługuje na sukces, jeśli nie tu, to gdzie indziej.

Największym zaskoczeniem tego sezonu jest dla mnie to, że musical "Bombshell" (zmieńcie nazwę, proszę! Ta jest nudna i banalna) faktycznie chyba się udał. W każdym razie po obejrzeniu jego urywków z finału 1. sezonu "Smash" mogę stwierdzić, że zaczął on przypominać może nie smash ani nie bombshell, ale z pewnością coś dającego się oglądać. Duża w tym zasługa świetnie napisanych piosenek z "Let Me Be Your Star" na czele. To one są największą gwiazdą serialu.

Odcinek "Bombshell" moim zdaniem wybił się ponad poprzednie dzięki swojej przemyślanej konstrukcji. Po raz pierwszy od tygodni nie czułam się jakbym oglądała kawałek telenoweli. Bardzo jestem ciekawa, co stanie się z serialem po odejściu Theresy Rebeck, której zawdzięczamy świetne oddanie kulisów musicalu, jak i fatalne wątki osobiste głównych bohaterów.

Jak już pewnie wiecie, prowadzenie produkcji "Smash" od 2. sezonu przejmuje Josh Safran, który do tej pory robił "Plotkarę". Ostatni sezon "Plotkary" nie nastraja optymistycznie, bo niestety przypomina "Modę na sukces", ale to oczywiście nie powód, by jego twórcy nie dać szansy.

Mam nadzieję, że nie zostanie zaprzepaszczone to, co osiągnięto w 1. sezonie: danie nam wrażenia, jakobyśmy podpatrywali produkcję całkiem niezłego musicalu, który ma szansę zdobyć Broadway. Życie prywatne głównych bohaterów "Smash" nudniejsze niż do tej pory już chyba nie będzie – bo po prostu być nie może. Czyli będzie OK. A może nawet lepiej?