Pytanie na weekend: Jaka jest wasza ulubiona para z serialu młodzieżowego?

Fot. The WB/FOX

Joey i Pacey czy jednak bardziej tradycyjnie – Joey i Dawson? W związku z początkiem drugiego życia "Jeziora marzeń" na Netfliksie pytamy was o ulubione serialowe pary młodzieżowe.

"Jezioro marzeń" wylądowało na Netfliksie i jest szansa, że w Polsce też zyska drugie życie, tak jak to się stało w innych krajach. Dla nas to okazja do odświeżenia tematu naszych ulubionych par z seriali młodzieżowych. Komu kibicowaliście najbardziej?

Marta Wawrzyn: Brenda i Dylan – Beverly Hills, 90210

seriale młodzieżowe pary

Na "Jezioro marzeń" nie do końca się załapałam, bo część emisji przypadała już na moje studia i było to w czasach, kiedy i internet, i telewizja w mieszkaniach studenckich były raczej rzadko spotykanym luksusem niż oczywistością. Ale pewnie bym powiedziała, że Joey i Pacey, bo zawsze miałam słabość do par, w których jedno zaczyna jako grzeczne, słodkie i poukładane, a drugie nosi skórzaną kurtkę, pali, wagaruje i zaczyna je sprowadzać na "złą" drogę. To oczywiście pewne uproszczenie, nie muszą być dokładnie takie elementy, ale zderzenie charakterów i owocujące tym przemiany być muszą. Musi też naprawdę mocno iskrzyć.

Buffy i Spike, Chuck i Blair z "Plotkary", Damon i Elena z "Pamiętników wampirów", Rory i, uwaga, Logan z "Gilmore Girls" – uwielbiam, jak dużo się dzieje, relacja nie stoi w miejscu, a bohaterowie nie są nudni. Nie sądzę jednak, żeby kiedyś udało się przebić parę, od której ten szał się zaczął, czyli Dylana (Luke Perry) i Brendę (Shannen Doherty) z "Beverly Hills, 90210". Oboje byli piękni, gniewni, zbuntowani i jakieś milion razy ciekawsi od wszystkich swoich rówieśników, a do tego iskry latały w powietrzu, kiedy byli razem (tak naprawdę rzadko) i kiedy kłócili się na śmierć i życie (częściej). On był jak ówczesny James Dean, ona to prototyp wszystkich cudownych zołz z seriali młodzieżowych, a razem byli po prostu jak petarda.

Kamila Czaja: Joey i Pacey – Jezioro marzeń

seriale młodzieżowe pary

Albo ja się zmieniłam, albo zmieniły się nastoletnie seriale. A może jedno i drugie. Chociaż w minionym roku obejrzałam sporo tego typu produkcji, to raczej nie pod kątem wielkiego kibicowania jakiejś parze, mimo że Dasha i Lily polubiłam. "Jeszcze nigdy…" miałoby tu potencjał, ale kwestia, którego chłopaka powinna wybrać Devi, nie spędza mi snu z powiek, nie widzę tu nawet mocnego faworyta (no, może póki co z lekkim wskazaniem na Bena).

Sięgam więc do czasów, kiedy oglądając "młodzieżówki", przejmowałam się jakąś romantyczną historią. I widzę tu pewien schemat, że kiedy zaczynałam serial, kibicowałam "porządnym chłopcom", którzy wydawali się bohaterkom przeznaczeni, a potem coś iskrzyło między dziewczynami a "nieporządnymi chłopcami" i zmieniałam zdanie. Stawiam na Joey i Paceya z "Jeziora marzeń", którzy mieli taką chemię, że aż trzeba było zmienić całą zaplanowaną podstawę serialu, czyli relację Joey i Dawsona. Minimalnie dalej Jess i Rory. Tylko dlatego nie na pierwszym miejscu, że w pełnym kibicowaniu im po latach przeszkadza mi to, że szkoda Jessa na taką irytującą postać jak Rory.

A poza tym jakieś pomniejsze, niezostawiające na długo śladu w pamięci "kibicowania". Zdarzało mi się przejmować "Glee" (głównie Rachel i Finnem) czy "Pretty Little Liars" (Hanna i Caleb, Spencer i Toby). "Switched at Birth" też mnie pod tym względem wciągnęło, w wątek Bay i Emmetta, ale z czasem nadmiar zwrotów akcji sprawił, że nie przeszkadzało mi to, jak ostatecznie rozwiązano sercowe dylematy jednej z głównych bohaterek zdecydowanie za mało docenianego serialu młodzieżowo-familijnego.

Mateusz Piesowicz: Brittany i Santana – Glee

seriale młodzieżowe pary

O tyle trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, że seriale młodzieżowe to jedyny gatunek, którego oglądania unikałem już przed laty i jestem w tym konsekwentny do dzisiaj. Nowym i dobrze ocenianym produkcjom zazwyczaj daję kilka odcinków, po których i tak je rzucam, stare i kultowe w rodzaju "Beverly Hills, 90210" kojarzą mi się jako telewizyjne tło. W obydwu przypadkach o emocjonowaniu się i wybieraniu ulubionych par nie ma mowy.

W ten sposób jedynym sensownym wyborem staje się "Glee", które oglądałem już wprawdzie nie jako nastolatek, ale przynajmniej trzy sezony wspominam bardzo miło. Również ze względu na tamtejsze pary, z których zdecydowanie najbardziej lubiłem Brittany i Santanę. Może to bijąca od nich naturalna chemia, o którą w "Glee" wcale nie było tak łatwo. Może fakt, że ich związek, na długo zanim rzeczywiście się nim stał, był zwyczajnie cudowną przyjaźnią. A może po prostu to, że obydwie były kapitalnymi, dalekimi od banału postaciami, jakich próżno szukać gdziekolwiek indziej. Cokolwiek to było – działało.

REKLAMA