Pytanie na weekend: Jakie są dla was największe plusy i minusy Netfliksa?

Fot. Netflix

Netflix to najpopularniejsza platforma VoD w Polsce, choć moment zachłyśnięcia się jej serialami raczej już mija. Jakie funkcje i możliwości, które oferuje, naprawdę lubicie, a co was wkurza?

Pięć lat temu, kiedy Netflix wchodził do Polski, o takich zasięgach, jak Player, Ipla albo VoD.pl mógł tylko marzyć. Dziś, przynajmniej według danych Gemiusa, przebija wszystkie platformy pod względem oglądalności. Jednocześnie coraz częściej pojawiają się skargi na jakość oferowanych seriali. Ponieważ sami częściej ostatnio na Netfliksa narzekamy, niż go chwalimy, mamy takie pytanie na weekend: jakie są waszym zdaniem największe plusy i minusy Netfliksa?

Kamila Czaja: Dobro ze świata vs zmasowana przeciętność

please like me serial netflix

Netflix robi sporo złego, ale to nie znaczy, że widzę same wady. Wahałam się, czy nie napisać tego, co chyba najbardziej oczywiste: dostajemy przecież bez opóźnień i legalnie naprawdę sporo treści. Niby to coraz częstsze, że na premierę nie trzeba w Polsce długo czekać, ale przecież wciąż możemy wskazać tytuły choćby Hulu i Disneya, których u nas nie ma. A jak Netflix coś robi lub kupuje, to puszcza w świat.

Wybrałam jednak inną, też ze "światowością" związaną, zaletę. Znajdziemy na Netfliksie seriale, które nie miałyby szans się przebić, bo nie są amerykańskie. I nie mówię nawet o "Dark", "Domu z papieru" czy "Lupinie", bo to raczej nie moje klimaty. Ale dzięki streamingowemu gigantowi mogliśmy pokochać na przykład australijskie "Please Like Me", izraelski "Shtisel", walijski "Hinterland" czy irlandzkie "Derry Girls". I chociaż takie urocze nabytki oraz kameralne eksperymenty własne to już nie główny cel Netfliksa, nadal czasem się udaje.

A co uznaję za najgorsze? No właśnie tę zmianę priorytetów. Dobre, oryginalne rzeczy giną w zalewie coweekendowych (zresztą coraz częściej nie tylko weekendowych) premier całych sezonów średnich, masowych produkcji, więc te świetne trudno wyłowić. A jak się je już fartem wyłowi, to pewnie i tak szybko zostaną skasowane. I to byłby drugi wielki grzech platformy.

Mateusz Piesowicz: Premiery równo z resztą świata vs serialowy fast food

Lupin serial Netflix

Możliwość oglądania seriali o tej samej porze co reszta świata to oczywistość? Teoretycznie powinno tak być, jednak poprzedni rok pokazał, że wcale nie jest. Gdy więc z jednej strony na niektóre głośne premiery trzeba czekać miesiącami, a innych nie ma w ogóle, trudno nie docenić niezawodności Netfliksa pod tym względem. Jasne, to po prostu standardy działania międzynarodowej korporacji – rzeczywistość udowadnia jednak, że niektórzy giganci wciąż mają z nimi problem i nie traktując na równi klientów z całego świata, sprowadzają nas z powrotem do ery, o której myśleliśmy, że już minęła.

Inna sprawa, że korporacyjne podejście ma też mnóstwo wad, na czele z faktem, że zamienia produkcję i oglądanie seriali Netfliksa w konsumpcję rodem z fast fooda. Jakość w zdecydowanej większości przypadków przegrywa więc z ilością, co skutkuje masowym zamawianiem i błyskawicznym kasowaniem kolejnych tytułów, widza z kolei uczy podejścia: obejrzeć jak najszybciej, przejść do następnego. Tak, tak, nowa era, nowe standardy, trzeba się przyzwyczaić. A może właśnie nie powinniśmy?

Marta Wawrzyn: Wszystko w oryginale vs przymuszanie do binge-watchingu

stranger things netflix

Ja bym się chciała zatrzymać przy tej konsumpcji rodem z fast fooda, bo właśnie tego na Netfliksie najbardziej nie lubię. Binge-watching uważam za zło, bo ogranicza dyskusje o dobrych serialach do jednego weekendu, w najlepszym razie tygodnia albo dwóch. I nie, to nie jest tak, że mogę obejrzeć, kiedy chcę, nikt mnie nie zmusza do binge'owania. Zmusza mnie to, że wszyscy wokół wsuwają seriale w hurtowych ilościach i absurdalnie szybkim tempie, więc jeśli nie chcę poznać zakończenia z wpisów w serwisach społecznościowych, to lepiej, żebym też obejrzała szybko.

Ale nie tylko o to chodzi. Netflix ma tendencje do ładowania contentu prosto do naszych gardeł za pomocą łopaty. Stare seriale pozbawiane są "w poprzednim odcinku", nawet jeśli miały je w oryginale (a to czasem przydatna rzecz). Jeśli odcinki zaczynają się od czołówki, to przy drugim odcinku ta czołówka automatycznie jest pomijana (a ja oczywiście muszę to cofać ręcznie, bo nie mam opcji ustawienia odgórnie, że zawsze chcę oglądać seriale z czołówką). Z automatycznego włączania kolejnych odcinków zrezygnowałam, kiedy Netflix zaczął mi dawać kilka sekund zamiast 15 na podjęcie decyzji, czy chcę obejrzeć napisy końcowe (a zdarza się, że chcę). Byle szybciej, byle więcej – czasem się czuję jak karmiona na siłę gęś.

Co mi się w Netfliksie podoba? To, że nie muszę mieć do czynienia z polskimi tłumaczeniami lub/i przymusowym lektorem (pozdrowienia dla HBO GO). Oglądając seriale na Netfliksie, nie pamiętam, że polskie wersje językowe w ogóle istnieją i naprawdę sobie to chwalę. Wielka szkoda, że to nie jest standard wszędzie. HBO GO i Prime Video się starają, ale bywa różnie, np. w jednym z sezonów "The Americans" musiałam przełączyć język na polski, żeby mieć tłumaczenie rosyjskich dialogów. A w większości polskich serwisów VoD o angielskich napisach nie ma co marzyć.

REKLAMA