Po 1. sezonie "Veep": Wiceprezydent nie ma łatwo

"Veep" (Fot. HBO)

"Veep" (Fot. HBO)

Zakończył się pierwszy, bardzo krótki sezon komedii politycznej HBO, "Veep". Serial cieszył się w Ameryce, a zwłaszcza wśród waszyngtońskich dziennikarzy, sporym zainteresowaniem. Ale opowieść o wiceprezydent Meyer nie jest przeznaczona dla każdego.

Czy "Veep" powtórzy sukces swojego brytyjskiego pierwowzoru, "The Thick of It"? Wydawałoby się, że gwarantuje to łącząca oba seriale osoba twórcy, którym jest Armando Iannucci. Jego "The Thick of It" było megahitem w Wielkiej Brytanii. Ale "Veep" ma przed sobą długą drogę na dość zatłoczonym amerykańskim rynku.

"Veep" to satyra na Waszyngton i jego obsesje - przede wszystkim związane z politycznym wizerunkiem. Meyer raz po raz pakuje się w potężne polityczne kłopoty, zwykle wynikające z błędów jej sztabu albo z tego, co sama powiedziała. Klasycznym przykładem takiej sytuacji jest odcinek "Chung". Meyer - w typowym "hot mic moment" - powiedziała o kilka słów za dużo w chwili, gdy sądziła, że mikrofony w studiu programu politycznego "Meet The Press" są już wyłączone. I miała do rozwiązania kolejny polityczny kryzys, a ponieważ jej sztab jest niemal całkowicie dysfunkcyjny, mogła liczyć w zasadzie tylko na siebie.

"Veep" dobrze oddaje obsesje i specyfikę waszyngtońskiej gry i systemu politycznego AD 2012 - w której Twitter, blogi zyskały tak dużą rolę. Jednocześnie - i to zupełnie serio - w interesujący sposób pokazuje paradoks, w jakim znajduje się wiceprezydent w amerykańskim systemie politycznym. Meyer nikomu nie jest potrzebna i nie ma praktycznie żadnej władzy. Prezydent ustawicznie ją ignoruje (w serialu nie pojawia się ani razu). Meyer za każdym razem gdy wchodzi do biura, pyta swoją asystentkę, czy prezydent dzwonił tylko po to, by otrzymać negatywną odpowiedź.

POTUS (żargonowe określenie prezydenta) nie tylko ignorują ją osobiście, ale także pozbawia jakichkolwiek możliwości forsowania własnych projektów legislacyjnych. Reformy i pomysły, które ma Meyer są systematycznie kasowane przez Biały Dom. To rodzi gigantyczna frustrację - teoretycznie druga najpotężniejsza osoba w państwie jest tak naprawdę bezsilna i podróżuje po Waszyngtonie w imponującej kolumnie samochodów z jednego bezsensownego wydarzenia na drugie. System władzy pokazany w "Veep" jest całkowicie dysfunkcyjny, oparty na trywialnych gierkach prowadzonych dla samej tylko gry.

I wszystko byłoby bardzo fajnie, gdyby nie fakt, że żarty w "Veep" są zwykle dość hermetyczne, a postacie bardziej żałosne niż śmieszne. Tak jak nieudacznik, szef komunikacji Mike (Matt Walsh) czy infantylny Gary (Tony Hale), "bodyman" Seliny. W "Veep" dominuje ponury cynizm, przez co dla niektórych ten serial może wydawać się mało zabawny. Ma specyficzny styl, który dla osób przyzwyczajonych do nieco lżejszego podejścia może wydać się nudny i nieciekawy. Jest śmieszny i wciągający - ale dla ludzi, którzy rozumieją, na czym polegają żarty i z czego się biorą. Przez to jest podobny do Waszyngtonu jako takiego, a szerzej do każdego miejsca. które jest "stolicą polityki" - za rzekomo fascynującą fasadą władzy i polityki kryje się ponury świat frustratów grających w grę zrozumiałą tylko dla nich samych.

Dla osób interesujących się polityką (nie tylko USA) pierwszy sezon był lekturą obowiązkową. Dla innych musiał wydać się nie tylko mało śmieszny, ale także niezrozumiały. I jednak brakuje mu trochę mocnego komediowego błysku i energii. Szkoda, bo Julia Louis-Dreyfus w roli polityka, który bardzo chce coś zrobić, ale system jej to uniemożliwia jest nie tylko przekonywująca, ale także - chyba jako jedyna postać w serialu - po prostu urocza.