"The Newsroom" (1x01): Wykład profesora Sorkina

"The Newsroom" (Fot. HBO)

"The Newsroom" (Fot. HBO)

Od wielu miesięcy w USA nie było tak gorącej debaty nad nowym serialem telewizyjnym, jak ta, która wybuchła wokół projektu Aarona Sorkina "The Newsroom". Serial został wręcz zmiażdżony przez recenzentów. Czy jednak z "The Newsroom" jest rzeczywiście tak źle?

Szydzenie z "The Newsroom" stało się modne wśród amerykańskich dziennikarzy politycznych. Było to wyraźnie widoczne wczoraj, gdy na Twitterze na bieżąco komentowano orzeczenia Sądu Najwyższego USA. Jednym z typowych wpisów było: "SCOTUS zdecydował, że wczorajsza premiera The Newsroom narusza Ósmą Poprawkę o okrutnym karaniu."

Oczekiwania wobec "The Newsroom" były ogromne. Ten projekt Aarona Sorkina - twórcy legendarnego serialu "The West Wing" ("Prezydencki poker" w Polsce) i scenarzysty "The Social Network" miał być unikalnym spojrzeniem na bezwzględny i brutalny świat amerykańskiego politycznego dziennikarstwa telewizyjnego. Ale być może to właśnie oczekiwania zdecydowały o tak wielkim rozczarowaniu.

Bo "The Newsroom" to nie serial telewizyjny, a rozbity na odcinki wykład - w którym profesor Sorkin tłumaczy, co złego jest w amerykańskim dziennikarstwie. Centralną postacią serialu jest anchor fikcyjnej stacji, Will McAvoy (Jeff Daniels). Podstawą tego wykładu jest spektakularna transformacja, którą przechodzi McAvoy. Jego polityczna tyrada na uniwersyteckim panelu dyskusyjnym - w której zrywa z wygładzonym wizerunkiem zdystansowanego, obiektywnego dziennikarza i pokazuje swój punkt widzenia - to jednocześnie punkt wyjścia, dzięki któremu Sorkin pokazuje, jak wyobraża sobie "idealny" program informacyjny. Idealny - to znaczy docierający do prawdy, w którym najważniejsze jest poczucie misji, którą jest takie informowanie odbiorców, by mogli podjąć dobre, słuszne decyzje dotyczące systemu politycznego. A nie udawanie obiektywizmu, które tak naprawdę oznacza obojętność. Sorkin odrzuca świat sieci kablowych, w których odbiorcy mają własne fakty i oczekują ich dostarczenia, ale przede wszystkim jego krytyka jest skierowana wobec takich sieci jak CNN, które udając balans nie dążą do pokazania rzeczywistości i lękają się nazwać czarne czarnym a białe białym.

Taka jest wizja Sorkina, a jej realizacji służą mniej lub wyraźniej zarysowane postacie, włącznie z nową producentką programu McAvoya i jednocześnie jego byłą dziewczyną, MacKenzie McHale (Emily Mortimer). Ale nie ma żadnych wątpliwości - wszyscy w tym serialu, włącznie z samym McAvoyem, kreowanym na współczesnego Waltera Cronkite'a mają tylko jeden cel: pokazać idee, które dyktuje im Sorkin. Nie są postaciami jako takimi, poza tym co niezbędne by serial nie był (zbyt) nieznośny w oglądaniu.

Sorkin dokonuje jeszcze jednego zabiegu. W przeciwieństwie do "West Wing", gdzie wydarzenia i kryzysy z którymi musiał zajmować się Biały Dom były fikcyjne, załoga "News Night" zajmuje się prawdziwymi wydarzeniami sprzed lat. Serial zaczyna się w momencie, gdy wybucha kryzys związany z wyciekiem ropy do Zatoki Meksykańskiej. To daje Sorkinowi możliwość pokazania, jak w idealnych warunkach wyglądałaby reakcja mediów na kolejne rzeczy, ale jednocześnie sprawia, że sama "materia" serialu jest absolutnie mało zaskakująca. Wszyscy wiemy, o co chodziło z wybuchem platformy Deepwater Horizon i wiemy, jak się sprawa skończyła.

Przeniesienie się w czasie widać też na innym poziomie. Jeśli ktoś oczekuje, że "The Newsroom" to jakaś wersja "Mad Men", musi czekać go nie lada szok. Dla kogoś, kto nie zna i nie lubi stylu Sorkina, wysłuchiwanie bombastycznych i idealistycznych tyrad wygłaszanych przez głównych bohaterów w porównaniu z wysublimowanym cynizmem i głębią "Mad Men" jest na pewno prawdziwą męczarnią.

Ale nie zmienia to faktu, że "The Newsroom" jest typowy dla Sorkina także pod względem energii, z którą jest zrobiony. I to powoduje, że w drugiej części odcinka, w której dziennikarze "News Night" zajmują się kryzysem w Zatoce, ma swoje tempo i pomimo nadęcia całkiem przyjemnie się ją ogląda.

"West Wing" był dla widzów w USA odtrutką na świat polityki ery Busha, i w tym sensie sprawdzał się znakomicie. Tam idealizm był niezbędny i uzasadniony. "The Newsroom" nie realizuje tak wyraźnej politycznej potrzeby, bo obie strony amerykańskiego sporu politycznego dobrze czują się na swoich pozycjach medialnych i nie wydaje się, by miało się to zmienić. Oczywiście Sorkin ma nadzieję, że dzięki swojej wizji przebije się przez taką polaryzację. Co oczywiście nie znaczy, że serial jako jest bezwartościowy. Stanowi realną alternatywę dla mrocznych produkcji dominujących obecnie w amerykańskiej telewizji, i jeśli ktoś zaakceptuje styl Sorkina, to będzie mu się go z przyjemnością oglądało. Ale tylko po przyjęciu do wiadomości tez, które stawia profesor Sorkin i sposobu, w jaki je prezentuje.