"American Horror Story" zaliczyło najlepszą premierę od lat – recenzja pierwszych odcinków "Double Feature"

"American Horror Story" (Fot. FX)

"American Horror Story: Double Feature" w pyszny sposób pyta, jak wiele zrobimy dla sławy, sukcesu i "beczek pieniędzy". A także leciutko sugeruje, że Ryan Murphy może być wampirem. Spoilery!

"American Horror Story" od 10 lat zaskakuje widzów na różne sposoby – także wyprowadzając nas w pole za pomocą materiałów promocyjnych, które zachęcają do spekulacji, nie zdradzając zupełnie nic z fabuły. Dokładnie tak było też z "Double Feature", o którym twórca serialu Ryan Murphy enigmatycznie mówił, że będzie zawierać dwie różne historie – jedną związaną z morzem, a drugą z piaskiem. O wampirach i kosmitach nic nie mówił, a teasery były tyleż klimatyczne, co mylące.

I choć z niespodziankami od Murphy'ego różnie bywa, a moja relacja z "American Horror Story" po tych wszystkich sezonach pełna jest dystansu i ambiwalencji, po dwóch pierwszych odcinkach "Double Feature" – "Cape Fear" i "Pale" – mogę powiedzieć, że choć nie wiem wszystkiego, to zdecydowanie jestem na tak.

AHS: Double Feature, czyli być jak Evan Peters

"Cape Fear" przedstawia Harry'ego (Finn Wittrock), scenarzystę, który od dawna nic nie napisał, i jego rodzinę – będącą w zaawansowanej ciąży żonę Doris (Lily Rabe) i utalentowaną muzycznie córkę Almę (Ryan Kiera Armstrong). Kiedy ich spotykamy, jadą autem z Nowego Jorku do nadmorskiego miasteczka w Massachusetts w poszukiwaniu spokoju i inspiracji twórczej. Jest środek zimy, w Provincetown zastają upragnione pustki, los zdaje się im sprzyjać. A potem zaczynają pojawiać się znaki ostrzegawcze: tu jakieś martwe zwierzątko, tam podejrzane figury na cmentarzu.

Robi się coraz dziwniej i coraz bardziej niebezpiecznie, ale jak to w horrorze – kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią bohaterom, żeby uciekali i nie oglądali się za siebie, oni pchają się prosto w objęcia niebezpieczeństwa. Do pewnego momentu wydaje się to odrobinę zbyt głupiutkie i niewiarygodne, a potem wjeżdża ta scena: Harry idzie do baru i trafia wprost na dość niezwykły popis karaoke.

Para tajemniczych nieznajomych, Austin Sommers (Evan Peters) i Belle Noir (Frances Conroy), chwyta za mikrofony i ironicznie oraz z uczuciem śpiewa "Islands in the Stream" Dolly Parton i Kenny'ego Rogersa. Mina Harry'ego mówi wszystko – dał się oczarować w kilkanaście sekund. A od chwili kiedy dowie się, kim oni są – on to znany scenarzysta broadwayowski, ona jest autorką popularnych romansów – zrobi dużo, by im dorównać. Ten bezczelny, arogancki, zblazowany i niewątpliwie mający wiele uroku duet jest wszystkim tym, czym Harry chciałby i boi się być.

Scena z karaoke to czyste złoto, nie tylko z powodu tego, co wyprawia w niej Evan Peters. Jest w niej tyle samo żartu i dystansu do siebie, co wyzwania rzuconego światu. "Patrzcie na nas. Jesteśmy sławni, bogaci i mamy gdzieś was i wasze zasady". Oglądając, jak grzeczny chłopczyk Harry pochłania ich wzrokiem, nietrudno uwierzyć w to, co za chwilę się wydarzy – czyli że wyrzuci mieszczańskie obawy w błoto, łyknie czarną pigułkę od Austina i pójdzie wprost na spotkanie przeznaczenia. Czy będzie nim "miłość, atencja i beczki pieniędzy", czy zamieni się we wrak samego siebie? Cóż, jest haczyk – jego los zależy od tego, czy faktycznie ma talent.

AHS: Double Feature pyta, ile zrobisz dla sławy

Dalsza fabuła jest tak naprawdę już bez znaczenia, bo "American Horror Story: Double Feature" szybko wyjawia, czym jest: nie kolejną historią o wampirach, a metaforą środowiska twórczego, gdzie co chwila ktoś łyka jakąś "czarną pigułkę" i albo dociera na szczyt, albo (częściej) płaci wysoką cenę za niespełnione ambicje. Pytaniem, jak wiele jesteśmy w stanie zrobić, żeby osiągnąć sukces, wybitność, prawdziwą wielkość. To serial Ryana Murphy'ego, więc ani metafora zbyt lekka nie jest, ani pytanie zbyt dobrze ukryte. Wręcz przeciwnie, jest to coś, co całkiem dosłownie przewija się w rozmowach bohaterów i popycha ich do działania, wbrew zdrowemu rozsądkowi, w miasteczku, w którym szaleją dziwne blade widma.

American Horror Story double feature recenzja opinie

"American Horror Story" (Fot. FX)

Każdy artysta jest narcyzem, krwiopijcą, turystą w życiach zwykłych ludzi – zdaje się mówić Murphy. A nam pozostaje zapytać, czy mówi o sobie. The Wrap prawie na serio pyta, kim w tym świecie byłby/jest showrunner "American Horror Story". Czyżby tym wampirem, którego wspomina Austin i od którego niejako zaczął się jego upadek/droga do sukcesu (niepotrzebne skreślić)? Oczywiście Murphy nie jest z tych twórców, którzy pojawiają się we własnych serialach i potwierdzają takie fantazje fanów – ale musi zdawać sobie sprawę, co widzowie sądzą o jego pracoholizmie. Postanowił więc sobie z nas zakpić i zrobił to naprawdę pysznie.

American Horror Story zachwyca w 10. sezonie

Pierwsza część "AHS: Double Feature", czyli "Red Tide", ma liczyć jeszcze tylko cztery odcinki. Zaraz po niej zostanie pokazana jakoś się z nią wiążąca część "kosmiczna", "Red Valley". To dobra i zła wiadomość, bo historia o cenie sławy w przebraniu horroru o wampirach prosi się o głębsze rozwinięcie – z drugiej strony, to Murphy, więc pytanie brzmi, czy rzeczywiście możemy liczyć na nieskończenie wiele głębi.

Na pewno powinniśmy spodziewać się, że nie zabraknie scen-błyskotek, jak ta z karaoke, fenomenalnych występów i klimatu. Ten ostatni zasługuje na osobny pean, bo to nie jest "American Horror Story", jakie znamy, czyli zabawa kiczem. "Double Feature" prezentuje się zaskakująco skromnie, operując szaro-szarą paletą barw i stawiając na surową estetykę. Minimalistycznie urządzony dom, gdzie zamieszkuje Harry z rodziną, pusta plaża z jaśniutkim piaskiem, szarobure morze, opustoszałe, mgliste miasteczko – to wszystko wzmaga niepokój i przy tym wygląda wspaniale.

American Horror Story double feature recenzja opinie

"American Horror Story" (Fot. FX)

A do tego, jak zwykle, możemy liczyć na cały szereg występów wartych Emmy. Evan Peters z błyskiem szaleństwa, znaczy geniuszu, w oku. Kompletnie pokręcone role Macaulaya Culkina i Sarah Paulson – temu pierwszemu życzę, żeby na stałe zagościł w produkcjach Murphy'ego, a ta druga udowadnia, że potrafi zagrać absolutnie wszystko. Billie Lourd w roli nietypowej dentystki, znającej płynnie Buffy speak. Leslie Grossman jako agentka Harry'ego, wyrzucająca z siebie najeżone żartami monologi w zabójczym tempie. A przecież nie wszystkich jeszcze widzieliśmy.

Oczywiście, "Double Feature" fabularnie może nas jeszcze zawieść na całej linii, jak to już w przypadku "American Horror Story" bywało. Ale na razie wypada krzyknąć: "Trwaj chwilo, jakże jesteś piękna!" i zobaczyć, co Ryan Murphy zrobi z naszą duszą.

REKLAMA