"Dom z papieru" powraca, choć już nie wiadomo po co – recenzja pierwszych odcinków 5. sezonu

"Dom z papieru" (Fot. Netflix)

"Dom z papieru" wraca z finałowymi odcinkami, a zbliżającemu się końcowi towarzyszy już tylko uczucie ulgi. Recenzujemy dwa pierwsze odcinki sezonu 5A, który właśnie wylądował na Netfliksie.

Kolejny już raz (ktoś nadąża z liczeniem który?) gang znalazł się w sytuacji bez wyjścia – stracili łączność z uwięzionym Profesorem (Álvaro Morte), na zewnątrz wróg przegrupowuje się ponownie, by znów przeprowadzić ostateczne uderzenie, a w banku jak zwykle coś idzie nie tak i bohaterowie muszą sobie radzić z kolejnym kryzysem. Ot, nic nie zwykłego, kolejny dzień pracy w biurze współczesnych Robin Hoodów.

Dom z papieru w 5. sezonie nie robi już wrażenia

"Dom z papieru" zawsze traktowałem z przymrużeniem oka, jako produkcję wybitnie rozrywkową, nic więcej. Jak zwykle w takich przypadkach, moja tolerancja na kolejne fabularne absurdy była znacznie wyższa. W przeciwieństwie do niektórych widzów, nigdy nie widziałem w nim społecznego manifestu, serialu z drugim dnem, jak nieraz próbują nam wmówić twórcy. Chciałem się dobrze bawić – tylko tyle i aż tyle. Cierpliwości wystarczyło mi jednak wyłącznie do marca zeszłego roku i premiery 4. sezonu serialu. Już wtedy można było zauważyć, iż scenarzyści zdecydowanie zapętlili się w opowiadaniu tej historii, wciąż stosując te same zabiegi, które znamy aż za dobrze.

Dom z papieru sezon 5 recenzja opinie

"Dom z papieru" (Fot. Netflix)

Dlatego kolejne zwroty akcji nie robią już żadnego wrażenia – gdy wszystko idzie zgodnie z planem, coś musi nagle się popsuć. To już nie działa, w żaden sposób. Gdy bohaterowie znajdują się już po ścianą, wiemy, że karta zaraz się odwróci. Trochę przypomina mi to kolejne sezony "Skazanego na śmierć", gdy nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach okazywało się, że Michael Scofield był na nie przygotowany. Tutaj jest podobnie – po planie A następuje plan B, C, D… Nawet pojmanie Profesora przez Sierrę (Najwa Nimri) nie przynosi póki co żadnych szczególnych konsekwencji – bohaterowie dalej robią swoje, jakby świat poza bankiem nie istniał.

Dom z papieru, czyli postacie wyciśnięte jak gąbka

Właściwie trudno powiedzieć o 5. sezonie cokolwiek, co nie zostało już powiedziane o poprzednich. To wciąż ten sam "Dom z papieru", tyle że niezbyt już świeży, z wytartą formułą i postaciami, które kiedyś mogły budzić sympatię, a dziś przez większość czasu irytują. Naprawdę, widząc jak kolejny raz zachowują się niczym rozchwiane dzieciaki i w prosty sposób dają ponieść emocjom, trudno uwierzyć, że tacy ludzie mogliby przeprowadzić największy skok na bank w historii.

Żeby była jasność, nie oceniam wszystkich pięciu premierowych odcinków sezonu 5A "Domu z papieru" – Netflix do recenzji udostępnił tylko pierwsze dwa, które (a jakże) kończą się cliffhangerem. To, co zobaczyłem, zdecydowanie jednak wystarczyło, by zniechęcić mnie do natychmiastowego sięgnięcia po kolejne.

Dom z papieru sezon 5 recenzja opinie

"Dom z papieru" (Fot. Netflix)

Zwłaszcza pierwszy odcinek nowego sezonu jest małym koszmarkiem – każda kolejna scena rozgrywa się w zupełnie innym tonie niż poprzednia, nie ma mowy o jakiejkolwiek ciągłości akcji. No i jeszcze ten Berlin (Pedro Alonso), bohater będący idealną metaforą tego serialu – kiedyś lubiliśmy go oglądać, teraz wciąż to robimy, ale w sumie nie za bardzo wiadomo po co. Tak jak cała produkcja, także i ta postać została wyciśnięta jak gąbka przez scenarzystów, którzy muszą coraz bardziej kombinować, by uzasadnić jego dalszą obecność na ekranie – tym razem okazuje się, że ma on syna (w tej roli Patrick Criado, "Wielka hiszpańska rodzina"), który zapewne również zostanie włączony do misternego planu Profesora i spółki.

Dom z papieru sezon 5 – miks telenoweli i kina akcji

Ten miks telenoweli i kina akcji momentami staje się już wręcz nie do zniesienia, a zaczynam obawiać, że cały serial staje się jeszcze na koniec aż za bardzo "komiksowy". Pierwszym tego objawem było pojawienie się Gandii (José Manuel Poga) – czarnego bohatera rysowanego szalenie grubą kreską. Teraz wygląda na to, że dołączą do niego jego koledzy i koleżanki, prezentujący się jak groteskowa, złowroga wersja Drużyny A. Spodziewajmy się, że to kolejne postacie wprowadzone tylko po to, by jeszcze trochę przeciągnąć historię, która w normalnych okolicznościach powinna zakończyć się dawno temu. Zanim to jednak nastąpi, czeka nas jeszcze wiele "zaskakujących" zwrotów akcji, zapewniających mniej więcej tyle emocji, co patrzenie na schnące ściany.

Dom z papieru sezon 5 recenzja opinie

"Dom z papieru" (Fot. Netflix)

W końcu to wszystko już było – te strzelaniny, wybuchy, walki. "Dom z papieru" wpadł w jakąś pętlę, z której już pewnie się nie wydostanie. Obejrzę ten serial do końca, gdyż ten jest już w zasięgu wzroku, ale mam wrażenie, że zapomnę o nim w minutę po ostatniej scenie.

Dom z papieru – sezon 5A już dostępny na Netfliksie

REKLAMA