"Nocna msza" pokazuje fanatyzm jako największy z horrorów – recenzja nowego serialu Mike'a Flanagana

"Nocna msza" (Fot. Netflix)

Mistrz łączenia horroru z emocjami powraca z serialem, który bez większej przesady można nazwać wybitnym. Recenzujemy "Nocną mszę", nową produkcję twórcy "Nawiedzonego domu na wzgórzu".

Co się dzieje z nami, kiedy umieramy? To odwieczne pytanie pada wprost mniej więcej w połowie 7-odcinkowego serialu "Nocna msza", podczas kameralnej rozmowy na kanapie pomiędzy dwojgiem przyjaciół. On, czyli Riley (Zach Gilford, "Friday Night Lights"), powrócił po latach do domu niczym syn marnotrawny – po tym jak spowodował po pijanemu wypadek, w wyniku którego zginęła dziewczyna. Ona, Erin (Kate Siegel, "Nawiedzony dom na wzgórzu"), wyjechała kiedyś w świat, ale świat jakoś nie chciał spełnić jej marzeń i ambicji. Wróciła samotna i w ciąży na malutką wyspę u wybrzeży USA, która nie uchodzi za miejsce z perspektywami.

Jedno z nich straciło po drodze wiarę, drugie zyskało. Żadne jednak nie odpowiada z cynicznym uśmiechem jak Fleabag: "jedzenie dla robaków". Oboje mówią rzeczy piękne, poetyczne i skomplikowane, świadomie ustawiając się po dwóch różnych stronach barykady sporu "wiara kontra nauka". Sporu wiele razy w serialach pokazywanego – choćby w "Lost" czy "Pozostawionych" – ale jeszcze nigdy w takiej formie. Mike Flanagan ("Nawiedzony dom na wzgórzu"), kiedyś ministrant, dziś twórca horrorów, wychodzi od czegoś znajomego i tworzy zupełnie nową jakość.

Nocna msza, czyli religijny horror na małej wyspie

"Nocna msza", o której Flanagan mówi, że jest dla niego najbardziej osobistym projektem, rozgrywa się na Crockett Island, fikcyjnej wysepce, gdzie żyje zaledwie 127 mieszkańców, a połączenie z lądem nie należy do najbardziej niezawodnych. Rybacka społeczność skupia się wokół swoich małych codziennych rytuałów, tutejszy szeryf (Rahul Kohli, "Nawiedzony dwór w Bly") – muzułmanin zresztą, co nie jest w serialu bez znaczenia – nie nosi nawet broni i urzęduje na tyłach sklepu spożywczego, a dla wszystkich jest oczywiste, że do kościoła po prostu się chodzi.

nocna msza serial netflix recenzja opinie

"Nocna msza" (Fot. Netflix)

Kiedy na wyspę przybywa charyzmatyczny nowy ksiądz, ojciec Paul (Hamish Linklater, "Legion"), zapał religijny rośnie – i to nie tylko ze względu na pełne pasji kazania. W mieścinie zaczynają dziać się cuda – dosłownie. I tylko nieliczni reagują przerażeniem. W tym momencie warto zaznaczyć, że "Nocna msza", pomimo podobnego punktu wyjścia, nie ma nic wspólnego z serialem "Dzień trzeci", w którym na wyspie u wybrzeży Wielkiej Brytanii utknął Jude Law. To dużo prostsza, a przy tym znacznie bardziej klarowna historia. I mająca więcej do powiedzenia.

Nocna msza to niezwykle przejmująca historia

Nie wnikając w szczegóły i nie zdradzając – naprawdę pomysłowego i przewrotnego – głównego twistu w serialu, można najogólniej powiedzieć, że "Nocna msza" to opowieść dotykająca wielkich pytań i kwestii eschatologicznych. Historia o życiu i śmierci, walce dobra ze złem – oraz trudnościach z rozróżnieniem, które jest które. O miłości, rodzinie, przyjaźni, życiowych żalach i rozterkach, o tym, że "musimy sobie pomagać". O fanatyzmie, nie tylko religijnym, sprawiającym, że przestajemy trzeźwo patrzeć na rzeczywistość. O tym, że najstraszniejsze rzeczy możemy odkryć w nas samych. Ale najlepsze też, i to kiedy zupełnie się o to nie podejrzewamy.

Tak, "Nocna msza" to wciąż horror i potrafi przestraszyć w klasyczny sposób. To też powoli budująca napięcie opowieść, podobnie jak obie odsłony antologii "Nawiedzony". I podobnie jak one – raczej bardzo długi film niż typowy (mini)serial. Tematycznie bliżej tu jednak do wspomnianych "Pozostawionych" i "Lost", jak również do serialu HBO "Sześć stóp pod ziemią". Podobnie jak Alan Ball, Flanagan zestawia pytania o rzeczy wielkie, o życie, śmierć i wszystko pośrodku, z najprostszymi, najzwyklejszymi ludzkimi emocjami, które dosłownie kipią w serialu.

nocna msza serial netflix recenzja opinie

"Nocna msza" (Fot. Netflix)

Na przestrzeni siedmiu odcinków przywiązuje nas do bohaterów, na czele z Erin, Rileyem, lokalną lekarką Sarah (Annabeth Gish, "Nawiedzony dom na wzgórzu"), pijaczyną Joem (Robert Longstreet, "Nawiedzony dom na wzgórzu") czy rodzicami Rileya, Annie (Kristin Lehman, "Motyw") i Edem (Henry Thomas, "Nawiedzony dom na wzgórzu"), tak żeby finał rozbił nas na tysiąc kawałków i pozostawił na dłuższą chwilę w bezruchu. Co ciekawe, nawet postacie, które wydają się złe, znajdują sposób, żeby do nas dotrzeć – jedynym wyjątkiem jest chyba Bev (Samantha Sloyan, "Nawiedzony dom na wzgórzu"), absolutnie przerażająca, okrutna dewotka.

Podobnie jak choćby Ryan Murphy, Mike Flanagan znów korzysta ze znanego już zestawu swoich ulubionych aktorów, na czele z własną żoną, Kate Siegel, grającą jedną z najwspanialszych postaci – prawdziwą czarownicę, jaką wszystkie chciałybyśmy zostać, kiedy fanatycy próbują nam dyktować, jak mamy żyć. Tym, który błyszczy najbardziej, jest jednak nowy w tym gronie Linklater – jako ksiądz wygłaszający płomienne kazania z błyskiem szaleństwa w oku i człowiek, mający ogromny żal do siebie samego, że pewnych rzeczy w życiu nie miał odwagi zrobić.

Nocna msza – czy warto obejrzeć serial Netfliksa

O ile obie serie antologii "Nawiedzony" były czymś świetnym, nie tylko "jak na seriale Netfliksa", "Nocna msza" plasuje się o półkę wyżej pod każdym względem. Fenomenalnie napisana, zagrana i nakręcona produkcja zachwyca klimatem, jakiego jeszcze na małym ekranie nie było. Odcinki mają biblijne tytuły, a wydarzeniom jak z rasowego horroru towarzyszy muzyka sakralna, fragmenty kazań i długie rozmowy o sprawach ostatecznych. Jedną z najpiękniejszych – i przy tym najstraszniejszych – scen jest ta, w której przez ciemne miasteczko w środku nocy idzie procesja ze świecami, a kolejni mieszkańcy bezwolnie do niej dołączają.

nocna msza serial netflix recenzja opinie

"Nocna msza" (Fot. Netflix)

Serial zadaje wprost pytanie o to, ile zła, ile krzywd można uczynić w imię Boga, oraz pokazuje, jak religijne zaślepienie potrafi odczłowieczać, nie daje miejsca na zwykłe, ludzkie odczucia, odruchy, błędy. Żyjąc w rządzonym przez fanatyków kraju, trudno nie dostrzec czy wręcz nie skupić się na tej jednej stronie, na aspektach, które są działającą na wyobraźnię alegorią tego, z czym w Polsce zmagamy się na co dzień. Ale to nie jest jednostronna opowieść. "Nocna msza" absolutnie nie mówi, że religia to zło – pokazuje, czym są ekstremizmy i do czego prowadzi "przedawkowanie religii", na tej zasadzie co przedawkowanie alkoholu, które dramatycznie zmieniło życie nie jednej, a kilku osób na wyspie, i doprowadziło do powrotu Rileya do domu.

Warto podejść do tej historii z otwartą głową i bez uprzedzeń, także jeśli nie jesteście fanami typowych horrorów. Bo tak się składa, że produkcje Mike'a Flanagana nimi nie są. Filmowy reżyser, który z powodzeniem przemienił się w showrunnera seriali na Netfliksie, po mistrzowsku miksuje klasyczne historie grozy z emocjami totalnymi, tworząc piękne, poruszające, chwytające za gardło opowieści w ramach gatunku horroru. A "Nocna msza" stanowi prawdziwe ukoronowanie jego dotychczasowej twórczości. Stephen King już obejrzał, oglądajcie i wy.

Nocna msza jest dostępna na platformie Netflix

REKLAMA