"Ptak dobrego Boga" opowiada o niewolnictwie w inny sposób – recenzja nagradzanego miniserialu Showtime

"Ptak dobrego Boga" (Fot. Showtime)

Bohater czy wariat? Nawiedzony fanatyk czy boski prorok? A może wszystko naraz? Legendarny abolicjonista John Brown wymykał się schematom i to samo czyni poświęcony mu serial.

Taki mamy klimat, że choć serwisy streamingowe wyrastają zewsząd jak grzyby po deszczu, to część z nich omija Polskę szerokim łukiem, a inne nie gwarantują przynajmniej zbliżonych do reszty świata dat premier wielu ciekawych tytułów. Niby mogliśmy już do tego przywyknąć, a jednak wciąż boli, zwłaszcza gdy trafia na coś, co zewsząd zbiera pochwały. A tak właśnie było w przypadku jednej z lepszych zeszłorocznych nowości, czyli serialu "Ptak dobrego Boga".

Siedmioodcinkowa produkcja stacji Showtime, którą możemy wreszcie obejrzeć w Polsce dzięki Canal+, to ekranizacja powieści Jamesa McBride'a o tym samym tytule (który swoją drogą oznacza dzięcioła wielkodziobego, jakby ktoś pytał), opowiadającej historię niejakiego Johna Browna. Kim był John Brown, zapytacie? "A kim on nie był!" – chciałoby się odpowiedzieć po obejrzeniu serialu, nawet wiedząc, że na ekranie przedstawiono tylko ostatni rozdział życia tej wyjątkowo barwnej postaci.

Ptak dobrego Boga – miniserial o Johnie Brownie

Tyle wszak w zupełności wystarcza, żeby Brownem, w którego wciela się współproducent serialu Ethan Hawke, nie tylko się zafascynować, ale przede wszystkim dać się porwać jego (w większości) prawdziwej historii. A o to wcale nie musiało być łatwo – w końcu mowa o kolejnej opowieści biorącej na tapet niewolnictwo, czyli temat, w którym ostatnimi czasy powiedziano na ekranie dużo i wydawać by się mogło, że nie ma tam już za bardzo miejsca na coś oryginalnego. "Ptak dobrego Boga" udowadnia, że to nieprawda, przełamując przy okazji sporo schematów, mieszając na pozór nieprzystające do siebie motywy i oferując całą paletę nieraz zdrowo pokręconych emocji.

Ptak dobrego Boga recenzja

"Ptak dobrego Boga" (Fot. Showtime)

Wszystko to w kostiumie Ameryki końca lat 50. XIX wieku, czyli stojącej już u progu wojny secesyjnej, ale jeszcze niegotowej wykonać w tym kierunku ostatniego kroku. Ku temu właśnie chciał pchnąć swój kraj John Brown, jeden z symboli abolicjonizmu, który już wcześniej postanowił czynnie walczyć z niewolniczym systemem, zachęcając do zbrojnego powstania jego czarnoskóre ofiary. Ostatecznie zrobiło to z niego legendę, lecz jak to często bywa w podobnych przypadkach, zaprowadziło także na stryczek. Inna sprawa, że w jego sytuacji naprawdę trudno wyobrazić sobie inne zakończenie, z czego szybko zdacie sobie sprawę podczas oglądania serialu, który przedstawia wydarzenia Krwawiącego Kansas prowadzące do ostatniej i najsłynniejszej akcji Browna, czyli ataku na arsenał w Harpers Ferry w 1859 roku.

Ptak dobrego Boga – historia inspirującego szaleńca

Te wydarzenia opowiedziane są jednak z perspektywy nie Browna, a jednego z jego podopiecznych – młodego niewolnika Henry'ego Shackleforda (Joshua Caleb Johnson), którego wyzwolił, ale zarazem… omyłkowo wziął za dziewczynę. Jak to możliwe, że Brown później nie zorientował się, że ubrany w sukienkę chłopak nie jest wcale "Henriettą", czy też, jak sam go nazywał, Cybulką? Cóż, powiedzmy, że to całkiem niezła wskazówka do odpowiedzi na pytanie, czy z głową u Browna na pewno wszystko było w porządku.

W tym miejscu rodzi się jednak inne pytanie – czy takie potraktowanie historycznej postaci i prawdziwych wydarzeń (poza fikcyjną Cybulką reszta z grubsza zgadza się z rzeczywistością) nie odbiera im przypadkiem powagi i znaczenia? Wręcz przeciwnie! Stawiając w dużym stopniu na satyryczny ton, twórcy "Ptaka dobrego Boga" trafili w sam środek tarczy, czyniąc serialowego Johna Browna bohaterem nieoczywistym, a jednocześnie zaskakująco ludzkim. Człowiekiem, którego charyzma i sława go wyprzedzały, pozwalając mu stawiać sobie bardzo odważne cele, ale też paranoikiem i fantastą, który nie miał szczególnego pojęcia, jak te cele zrealizować.

Ptak dobrego Boga recenzja

"Ptak dobrego Boga" (Fot. Showtime)

Taka wersja Browna, którego działania w rzeczywistości zainspirowały tłumy i w dużym stopniu przyczyniły się do wybuchu wojny domowej w Stanach, o dziwo nie sprawiła, że traktuje się go lekceważąco. Niekiedy z delikatnym politowaniem, czasem z uśmiechem, ale w znacznie większym stopniu z irracjonalną wiarą, że ten wykrzykujący z pianą na ustach biblijne cytaty pomyleniec jakimś sposobem dopnie swego. Że idąc w bój z czystymi jak łza intencjami i z niezachwianym przekonaniem o równości wszystkich ludzi bez względu na ich kolor skóry, uda mu się własnoręcznie wyszarpać wolność dla czarnoskórych. Choćby miał przy tym przybliżyć do Boga wszystkich właścicieli niewolników spotkanych na swojej drodze – oczywiście w starotestamentowym stylu.

Ptak dobrego Boga, czyli nie tylko Ethan Hawke

Jakim cudem udało się tak pokręconej wizji nie zamienić w zgrywę, wie chyba tylko Ethan Hawke, który tutaj pojawił się w raczej nietypowej dla siebie roli i zamienił ją w czyste złoto. Od Johna Browna w tym wykonaniu bije tysiąc emocji, a samo dzikie spojrzenie jego błękitnych oczu pozwala zrozumieć, dlaczego mimo licznych wad i niekoniecznie chrześcijańskich metod stał się dla wielu inspiracją. Gdy do tego słucha się jego równie płomiennych, co często bezsensownych przemów i widzi, jak momentalnie potrafi przejść z bitewno-kaznodziejskiej wersji, której złowrogi ryk paraliżuje wrogów, do ciepłego ojca i opiekuna, to ręce same składają się do oklasków.

Ptak dobrego Boga recenzja

"Ptak dobrego Boga" (Fot. Showtime)

O ile jednak kreacja Hawke'a stanowi główną atrakcję "Ptaka dobrego Boga", to nie jest ona wcale odosobniona wśród zalet serialu. Fabuła jest świetnie opowiedziana, przeplatając momenty dynamicznej (i krwawej!) akcji z porcjami absurdalnej komedii i poruszającego dramatu. Twórcy nie zapominają, czego dotyczy ich opowieść, dotykając stojących za losami armii Browna ludzkich tragedii, ale też świetnie oddając kryjący się wśród nich przewrotny surrealizm. Do tego stopnia, że pojawiające się nagle poważne momenty potrafią sprowadzić widza brutalnie na ziemię, przypominając, że to co ogląda, nie jest do końca wymysłem scenarzystów.

Nawet wówczas nie można jednak na długo przestać się dobrze bawić, choćby poznając kolejne postaci drugoplanowe po obydwu stronach barykady. Już sami "wojownicy Ewangelii" u boku Browna, dziwnym trafem wykruszający się, gdy przychodziło do czegoś naprawdę niebezpiecznego, to parada barwnych charakterów, a to tylko początek. W dodatku serial stoi znakomitym aktorstwem – Daveed Diggs jako Frederick Douglass w nietypowym wydaniu, Steve Zahn i Maya Hawke w niewielkich, ale pamiętnych rolach, czy aż trudno uwierzyć, że dopiero przedstawiający się szerszej publiczności Joshua Caleb Johnson, to bardzo mocne punkty produkcji.

Tych zresztą w siedmiu odcinkach "Ptak dobrego Boga" ma całe mnóstwo, gdzieś pomiędzy nimi stawiając kłopotliwe pytania o historię i współczesność Ameryki. Kraju tak pełnego sprzeczności, że w sumie może właśnie tutejszy John Brown najlepiej oddaje jego skomplikowaną naturę. Szkoda wprawdzie, że musieliśmy czekać tak długo, żeby się o tym przekonać, ale szczęśliwie na świetne seriale nigdy nie jest za późno.

Ptak dobrego Boga – premiera 17 listopada o 21:00 na Canal+ i 18 listopada na canalplus.com

REKLAMA