"Lśniące dziewczyny" oszukują widownię, obiecując mocny thriller – recenzja finału serialu Apple TV+

"Lśniące dziewczyny" (Fot. Apple TV+)

"Lśniące dziewczyny" z udziałem Elizabeth Moss to serial godny uwagi, ale nie do końca spełnia obietnicę, jaką daje swoim widzom. Dlaczego? Czego zabrakło? Omawiamy całość ze spoilerami.

Pierwsze odcinki serialu zdają się zapowiadać thriller, w którym ważne będzie nawet nie to, kto zabija (mordercę poznajemy w pierwszym odcinku), ale dlaczego tak postępuje i kim właściwie jest, jaka stoi za nim historia. Jednak zamiast thrillera, którym "Lśniące dziewczyny" są mniej więcej do końca czwartego odcinka, otrzymujemy opowieść o kilku osiach czasu, w których pogubieni bohaterowie rujnują życie sobie lub swoim bliskim. Nitki fabularne, rozbite na różne epoki obyczajowe, sprawiają, że widz błąka się dość bezradnie po życiorysach różnych ludzi, znanych mu dosyć powierzchownie.

Lśniące dziewczyny – tajemnica Harpera Curtisa

Cała historia zaczyna się w Chicago, gdzie mieszka Kirby Mazrachi (w tej roli, jak zawsze świetna w graniu neurotycznych bohaterek, Elisabeth Moss, "Opowieść podręcznej"). Dziewczyna kilka lat po tym, jak została zaatakowana przez nieznanego napastnika i cudem uszła z życiem, nie można odnaleźć się w swojej codzienności. Nie chodzi tylko o stany depresyjne, ale o rodzaj zaników pamięci, przez które nie wie, gdzie pracuje, a także gdzie i z kim mieszka.

Z czasem okazuje się, że bohaterka nie zmaga się z amnezją, a "jedynie" uwikłana jest w jeden z ważniejszych elementów fabularnych, czyli skoki po osiach czasu. Układają one alternatywne wersje biografii bohaterki, w zależności od tego, co dzieje się z innymi postaciami. Jak mówi Jin-Sook (Phillipa Soo, "The Bite"), inna ofiara ataku tego samego sprawcy, dwie cząsteczki oddziałują na siebie i powodują, że powiązane ze sobą, wpływają na swoje dalsze funkcjonowanie. Tak właśnie dzieje się z Kirby i pozostałymi ofiarami ataku.

Lśniące dziewczyny recenzja Apple TV+

"Lśniące dziewczyny" (Fot. Apple TV+)

Pogoń za mordercą, poszukiwanie informacji o nim, poznawanie jego przeszłości, to wszystko napędza historię i sprawia, że siedzimy na brzegu fotela, śledząc kolejne zwroty akcji. Jednak druga połowa serialu zdecydowanie traci tempo i gdy orientujemy się, że nie doświadczamy opowieści opartej na racjonalnych relacjach świadków, tylko alternatywnej historii z klasycznym "co by było gdyby", nasze zainteresowanie maleje, a napięcie spada. Finał uświadamia nam, że losy postaci możemy odwrócić za pewną, dość wysoką cenę. I wtedy wiemy już, że śmierć nie jest ostatecznością.

Jeśli ktoś sięgnął po serial w nadziei na thriller opowiadający o tym, dlaczego ktoś popełnia zbrodnię, i w którym wyjaśniane są jego motywacje, to będzie rozczarowany. Metafora wielu osi czasu, zmieniających rzeczywistość bohaterów jest samograjem, nieco zbyt banalnym. Serial oparty jest na powieści Lauren Beukes, więc czytelnicy z pewnością wiedzieli, czego się spodziewać. Jeśli jednak ktoś zaczął oglądać serial bez znajomości literackiego pierwowzoru, dał się zaskoczyć, niekoniecznie pozytywnie.

Lśniące dziewczyny skaczą po epokach

Kirby w różnych wersjach opowieści o swojej traumie jest albo reporterką, albo archiwistką, albo kimś nigdy nie pracującym w redakcji codziennej gazety. Bohaterka zmienia się, a dzięki jej nowym fryzurom możemy zorientować się, do której historii o niej właśnie trafiliśmy. Czy jest przed atakiem, czy już po. Sharon/Kirby sporo czasu spędza z Danem (Wagner Moura, "Narcos: Meksyk"), który przez uzależnienia stracił pozycję wybitnego reportera, ale wciąż pracuje w mediach.

To właśnie dzięki pracy tego duetu, Harper Curtis (Jamie Bell, "TURN") po latach, zostaje wytropiony. Jednak ma to swoją cenę. Gdy Kirby dopada Curtisa, daje mu szansę ucieczki do jego dawnego życia, a tym samym zrywa wszystkie wcześniejsze osie czasu i wymazuje swoją znajomość z Danem. Swoją drogą, Jamie Bell jest świetny w roli obleśnego, wzbudzającego niepokój i bardzo smutnego mężczyzny zaczepiającego małe dziewczynki i samotne kobiety na nieoświetlonych ulicach.

Lśniące dziewczyny recenzja Apple TV+

"Lśniące dziewczyny" (Fot. Apple TV+)

Kim jest morderca? Widzimy, że na przestrzeni dekad nie postarzał się nawet o jeden dzień. Właściwie do samego końca okazuje się zagadką. Porzucony przez matkę, nieprzyjęty do sierocińca prowadzonego przez zakonnice, zawsze sam, pomijany przez wszystkich i niechciany. Wierzymy razem z nim, że walczył na froncie I wojny światowej, ale nawet tożsamość żołnierza okazuje się kłamliwą iluzją. Drobne kradzieże i napaści to jego codzienność. Aż trafia do domu, który jest swoistym wehikułem czasu. Zamieszkuje w nim z dawną dziewczyną Klarą i kolegą z frontu Leo (Christopher Denham, "Pozłacany wiek"). Tylko on potrafi przechodzić do innych osi, reszta bez niego uwięziona jest w jednej epoce.

Morderstwo z 1920, przejścia pomiędzy obyczajowością lat 20. XX wieku, a amerykańską codziennością lat 80. ubiegłego wieku pokazane są z dużą starannością. Przyjemnie ogląda się modę i styl życia tych dekad, a także zmiany, jakie zachodzą w codziennym funkcjonowaniu różnych klas społecznych. Począwszy od rewii okresu międzywojnia przez kluby nocne grające muzykę rockową, skończywszy na wystawnych wernisażach.

Lśniące dziewczyny – czy warto obejrzeć?

Ciekawie wypada epizod z Klarą, tancerką rewiową, która używa radu jako lekarstwa na gardło i drogi oddechowe. To jak pieczołowicie pudruje swoje ciało przed występem, wygląda jak fascynujący rytuał. Jej postać zdecydowanie dodaje tego "czegoś" do serialu. Madeline Brewer ("Opowieść podręcznej") została świetnie obsadzona w roli Klary, jej "retro" uroda doskonale wpasowuje się w klimat powojennej obyczajowości.

Lśniące dziewczyny recenzja Apple TV+

"Lśniące dziewczyny" (Fot. Apple TV+)

Zabrakło wyjaśnienia motywacji Harpera, w ciałach ofiar zostawiającego pamiątki po wcześniej zabitych kobietach, ale wiemy przynajmniej, skąd wziął rad. Najmocniej zaakcentowana jest końcówka lat 80. i początek 90. W tych momentach serial bardzo przypomina "Archiwum 81", które zostało skasowane przez Netfliksa po jednym sezonie. Tam również skoki po osiach czasu i kasety wideo odgrywały ważną rolę. Główny bohater, podobnie jak Kirby, próbuje zrozumieć, na czym polegają te zmiany. W "Archiwum 81" wszystko działo się w wieżowcu, a tutaj mamy stary dom pełen tajemnic.

Gdyby serial skrócić o połowę, skondensować wątki, byłaby to bardzo wciągająca historia. Jednak druga połowa serialu wlecze się niemiłosiernie i trudno nie stracić cierpliwości, gdy wszyscy wiemy już kogo i dlaczego poszukuje Kirby z Danem. Świetna obsada, zdjęcia i powrót do początku XX wieku nie zrekompensuje tego, jak długo musimy czekać na zamknięcie historii. Brakuje też mocniejszej konfrontacji z mordercą i jego wyznania win. Produkcja skierowana do wielbicieli literackiego oryginału i widzów ceniących tajemnicę ponad racjonalne wyjaśnienia zagadek kryminalnych.

Lśniące dziewczyny – serial dostępny na Apple TV+

REKLAMA