"666 Park Avenue" (1x01): Diabełek zamiast diabła

Pilot "666 Park Avenue" okazał się całkiem przyjemny w oglądaniu. Twórcy serialu muszą się jednak bardziej postarać, jeśli chcą na dłużej zaciekawić widzów.

Para młodych ludzi (śliczna blondynka Jane Van Veen grana przez Rachel Taylor oraz jej chłopak Henry Martin, w którego wcielił się Dave Annable) wprowadza się wielkiego zabytkowego apartamentowca o nazwie Drake, ulokowanego na manhattańskiej Park Avenue - ale wcale nie pod tytułowym numerem 666, lecz 999 (swoją drogą, adres 666 Park Avenue istnieje w Nowym Jorku naprawdę). Jane zdobywa pracę jako menedżer budynku.

W pilocie akcja koncentruje się głównie wokół niej – to ona zaczyna wędrówkę po budynku, zabierając się dziarsko za pierwsze naprawy. Przy okazji natrafia na tajemniczą mozaikę w podziemiach. Piękna dozorczyni wpada w oko parze właścicieli apartamentowca – Gavinowi Doranowi (Terry O'Quinn) i jego żonie Olivii (Vanessa Williams). Ale to nie jej zasługa, państwo Doran chcą przez nią zjednać sobie jej faceta. Do czego go potrzebują? Tego zapewne dowiemy się w najbliższych odcinkach.

Oprócz tych dwóch par poznajemy w pierwszym odcinku także kilka innych postaci. Ich wątki są na razie słabo zarysowane. Mogą jednak stanowić dobry punkt wyjścia do rozwoju fabuły. Oby scenarzystom nie zabrakło pomysłów.

Na razie brakuje im pomysłu na przestraszenie widzów – a to w horrorze zasadniczy problem. Sceny z założenia mające straszyć budzą raczej rozbawienie (np. wyssanie człowieka przez dziurę w drzwiach). Z wcześniejszych zapowiedzi twórców wynikało, że Gavin Doran ma być wcieleniem szatana – albo nawet nim samym. I owszem, Terry O'Quinn w tej roli wypada całkiem demonicznie, ale scenarzyści kreują go bardziej na kuglarza, niż na diabła. Mimo oczywistych nawiązań Doranowi daleko do diabła z "Dziecka Rosemary", a nawet Johna Miltona z (kiepskiego przecież) "Adwokata diabła”.

Gavin Doran wygląda w tej chwili bardziej na małego diabełka, niż mocarnego szatana. Rozgrywa swoje gierki wykorzystując (i zapewne niewoląc) mieszkańców budynku. Trudno jednak się go przestraszyć, a to głównie za sprawą nagromadzenia w "666 Park Avenue" masy wyświechtanych chwytów.

W serialu mamy więc wielki budynek przypominający nieco kamienicę z "Dziecka Rosemary", a którego długie korytarze przywodzą znowuż na myśl "Lśnienie". W apartamentowcu pojawiają się duchy (jak np. w "American Horror Story"). Jeśli bohaterka schodzi do piwnicy i na chwilę gaśnie światło – to oczywiście za jej plecami musi być duch. Jeśli nowi mieszkańcy domu podpisują umowę – to oczywiście mina Terry'ego O'Quinna musi sugerować, że to coś więcej, a więc zapewne cyrograf.

No, a jeśli w jednej z pierwszych scen serialu na napis 999 Park Avenue, to oczywiście cień zamienia liczbę 999 na 666...

I to właśnie główny problem nowego serialu. Owszem, autorzy sprawnie grają schematami, akcja jest całkiem ciekawa i pierwszy odcinek mija bardzo szybko. Jednak w "666 Park Avenue" nie ma żadnego oryginalnego elementu. Nawiedzone kamienice na Manhattanie to motyw wykorzystywany od dekad, diabeł udający spokojnego burżuja to też nic nowego. Sama charyzma pamiętnego Johna Locke'a z "Lost" nie wystarczy, aby udźwignąć tę stertę skserowanych pomysłów.

REKLAMA