"Supernatural" (8x01): W szponach obojętności

"Supernatural" (Fot. CW)

"Supernatural" (Fot. CW)

Podobno po zastąpieniu znienawidzonej przez fanów Sery Gamble przez Jeremy'ego Carvera "Nie z tego świata" miało powrócić do czasów świetności. Niestety nowa era w dziejach serialu rozpoczęła się od koszmarnego falstartu.

Już rok temu wspominałem, jak trudno przychodzi mi ocenianie "Supernatural". Zresztą chyba każdy zetknął się z produkcją, w której powodzenie wierzyłby wbrew rzeczywistości i, pomimo licznych potknięć scenarzystów, wciąż szukałby nawet najmniejszych pozytywnych elementów.

Przykładowo w 7. sezonie trudno było o jasne punkty. Jęczenie i marudzenie mierzącego się z depresją Deana (Jensen Ackles) w najlepszym wypadku wypadało nieznośnie, od wątku lewiatanów wiało nudą, a powrót Sama do relatywnej normalności kompletnie zawiódł. W zasadzie jedyną ciekawie opowiedzianą historią było pożegnanie się Bobby'ego Singera (Jim Beaver) ze światem żywych.

I pomimo ogromnego zawodu raz jeszcze dałem się porwać hucznym zapowiedziom i ambitnemu celowi (10 sezonów). Zaskoczyła mnie również zmiana dnia emisji. W końcu ilu produkcjom udało się przetrwać piątkowe zesłanie? Może rzeczywiście warto zaufać Carverowi?

***

Rozpoczynające 8. sezon "We Need to Talk About Kevin" jest pod wieloma względami lustrzanym odbiciem premiery 6. serii, czyli "Exile on Main St.". Bracia spotykają się po roku przerwy, choć tym razem to Sam (Jared Padalecki) wiedzie normalne życie, a Dean zwiedza zaświaty.

Zanim jednak dojdzie do spotkania Winchesterów, starszy z braci powraca na ziemię z dodatkowym bagażem w postaci duszy Benny'ego (Ty Olsson). O ile na razie niewiele wiemy o samym wampirze, to jego interakcje z Deanem w dalszej części sezonu zapowiadają się bardzo interesująco.

W reszcie odcinka próżno szukać jakiegokolwiek powiewu świeżości. Widz zostaje zaznajomiony z częścią wydarzeń z ostatnich 365 dni. Winchesterowie znajdują także porządny powód do kłótni, a następnie wyruszają na krótkie i zakończone szybkim sukcesem poszukiwania Kevina (Osric Chau).

Dowiadujemy się również o nowym odkryciu młodego proroka: Słowie Bożym dotyczącym demonów, do odczytania którego próbował zmusić go Crowley (Mark A. Sheppard). Zresztą konfrontacja z królem piekieł to jedno z najważniejsze wydarzenie ostatnich minut premiery sezonu.

***

Tak w dużym skrócie prezentuje się fabuła. Uporządkowano nieco wydarzenia z końca 7. serii oraz przedstawiono nowe wyzwanie – kolejną tablicę z uroczą wiadomością dla ludzkości. Odwołano się również do sprawdzonych elementów i kolejny raz wystawiono na próbę relacje głównych bohaterów. Nic nowego...

Lecz wbrew wszelkim przypuszczeniom, problemem odcinka nie było ponowne opowiadanie tej samej historii, a sposób, w jaki to zrobiono. W trakcie ponad 40 minut brakuje jakiegokolwiek napięcia, a retrospekcje przybliżające wydarzenia ostatniego roku zwyczajnie zabiły tempo akcji. Szczególnie słabo wypadły przygody Sama – patrząc na losy kobiet z nim związanych, Amelia (Liane Balaban) raczej marnie zakończy swój żywot.

Jednym z największych wizualnych rozczarowań była z kolei wizja czyśćca. Sceny w purgatorium przypominają letni obóz młodzieżowy, na który John Winchester z chęcią wysłałby swoich synów. Jakim cudem kawał lasu ma być miejscem nadającym się do przetrzymywania najgroźniejszych istot?

Martwi również, że scenarzyści starali się za wszelką cenę udowodnić, iż los Kevina powinien nas obchodzić. Wprowadzony do serialu pod koniec 7. sezonu nowy prorok świetnie się sprawdzał w roli maskotki wyrywanej sobie z rąk przez anioły, demony i lewiatany. Niestety krótki staż powoduje, że nieprzekonujący jest z niego kompan dla Winchesterów. Na dodatek pozbawiono go komicznego rysu tak charakterystycznego dla np. poprzedniego proroka, czyli Chucka (Rob Benedict)

Przyczyną tego braku była dyskusyjna decyzja o zamordowaniu dziewczyny Kevina w ostatnich minutach epizodu. I chyba zbyt wcześnie zdecydowano się na zgon Channing, by kogokolwiek mogło to obejść. Lata oglądania "Supernatural" nauczyły widzów niezżywania się z postaciami drugoplanowymi i epizodycznymi. Sztuczne wymuszanie reakcji na śmierć postaci mniej istotnej niż np. dr Visyak (Kim Johnston Ulrich) z 6. serii, musiało się skończyć kompletną klapą.

W kontekście reszty sezonu, zastanawia właśnie obojętność wywołana przez najistotniejsze sceny odcinka. Dotychczas, niezależnie od jakości poszczególnych epizodów, potrafiono utrzymać zainteresowanie postaciami i ich losami. Tym razem stało się inaczej.

I oby był to tylko zwykły wypadek przy pracy. W przeciwnym wypadku ponownie pozostają jedynie złudzenia, że kiedyś jeszcze może być lepiej.