"Warehouse 13" (4x10): Jest mrocznie i bez sensu

Zdjęcia promujące "Magazyn 13"

Zdjęcia promujące "Magazyn 13"

"Warehouse 13" to serial, który odniósł sukces, dzięki umiejętnemu mieszaniu powagi z wątkami komediowymi. Ale 4. sezon to zdecydowane odejście od tej formuły. Czy po finale, po którym rozstajemy się z załogą Magazynu aż do kwietnia, widać sukces tej formuły? Spoilery!

Dla przypomnienia: "Warehouse 13" to nadawany na Syfy miks "Z Archiwum X", "Pogromców Duchów" i "Indiany Jonesa". Dwójka głównych bohaterów - Pete Lattimer ( Eddie McClintock) i Myka Bering (Joanne Kelly) - łowią artefakty, zwykle niebezpieczne dla otoczenia i pozostałe po znanych postaciach z przeszłości (np. lustro należące do Lewisa Carrolla), pracując dla tajemniczej organizacji, która jest właścicielem tytułowego Magazynu. To gigantyczny budynek (13. z kolei) położony w USA, w którym te wszystkie potężne artefakty są składowane.

"Warehouse 13" nie jest science fiction, reguły rządzące artefaktami bardziej przypominają świat fantasy. Jednocześnie Magazyn jest zbudowany w stylu dieselpunk, z retrofuturystycznymi gadżetami. To plus chemia między głównymi postaciami sprawiło, że jest te serial o unikalnym klimacie.

Ale 4. sezon, rozbity na dwie 10-odcinkowe części, stanowi najpoważniejsze jak do tej pory odejście od znanej formuły. Już wcześniej agenci Magazynu musieli zmagać się z potężnymi przeciwnikami, już wcześniej niektóre postacie w serialu ginęły. Ale po raz pierwszy zagrożenie przyszło od środka. Chodzi o postępujące szaleństwo szefa ekipy, Arty'ego (Saul Rubinek), który rozpoczęło się po użyciu potężnego artefaktu, Astrolabium Magellana. Ten przedmiot umożliwia podróże w czasie, i Arty wykorzystał go na początku sezonu by uratować Magazyn od całkowitego zniszczenia. Ale ma też skutki uboczne - uwalnia potężne zło związane z użytkownikiem.

To właśnie mogliśmy obserwować w sezonie czwartym, co znalazło swoją kulminację w chwili, gdy Arty zamordował z zimną krwią jedną z osób z Magazynu. Nigdy wcześniej w "Warehouse 13" nie zdarzyło się coś podobnego, i wydaje się, że twórcy nie zdołali poradzić sobie z wkomponowaniem tego w całość serialu.

Widać to najlepiej w rozczarowującym, zbyt skomplikowanym i mało porywającym finale. Arty poszukuje tajemniczego artefaktu, który ma posłużyć mu do szantażu: chce wywołać za pomocą potężnego artefaktu epidemię nieuleczalnej choroby, tak by agenci byli zmuszeni użyć Astrolabium i pomóc mu w wymazaniu swojego życia, i uwolnieniu się od nich. Ta transformacja to jeden z najsłabszych punktów sezonu: przedstawiona jest jako paranoja Arty'ego, który wyobraża sobie, że Magazyn jest zagrożony przez tajemnicze Bractwo Czarnego Diamentu (na czele z bratem Adrianem - w tej roli rewelacyjny Brent Spiner, czyli Data z "ST: Następne pokolenie").

Twórcy mieli dobry pomysł, ale chyba nie potrafili go dobrze wykonać. Połączenie wątków komediowych z poważnymi w sytuacji, gdy jeden agent zabija drugiego, a wszystko zmierza w coraz gorszym kierunku przestaje działać, gdy zrobione jest bez wyczucia smaku i proporcji.

Dlatego pierwsza połowa 4. sezonu nieco zawodzi. To nadal są fantastyczne postacie i ciekawy klimat, ale to nie jest poziom serialu, który znamy.

REKLAMA