"Boss" (2x10): Władza jest wieczna

Drugi sezon "Bossa" już za nami. Tym razem było mniej seksu, a całość była odrobinę bardziej realistyczna niż poprzedni sezon. Ale to nie zmienia faktu, że "Boss" to serial dla wytrwałych. Spoilery!

Dla niewtajemniczonych: Boss to serial Starz opisujący historię burmistrza Chicago Toma Kane'a (w tej roli magnetyczny Kelsey Grammer), który musi walczyć nie tylko ze swoimi politycznymi przeciwnikami, ale również z postępującą śmiertelną chorobą. "Boss" to także serial o polityce stanu Illinois - wyborach gubernatorskich, w których ambitny Ben Zajac (Jeff Hephner) walczy z doświadczoną senator stanową, Catherine Walsh (Amy Morton). Na tle zmagań o władzę w mieści toczy się rozgrywka między doradcami, członkami rodziny Kane'a, policjantami, dziennikarzami i biznesmenami.

Drugi sezon jest odrobinę bardziej realistyczny niż pierwszy, nie ma też epatowania scenami seksu tak bardzo, jak to było w pierwszym. Seks nadal stanowi jednak kartę przetargową dla wielu postaci w świecie władzy, co widać w prawie każdym odcinku. Skandale obyczajowe wstrząsają kampaniami Zajaca i Walsh. Osią całej skomplikowanej historii jest jednak walka Kane'a ze śmiertelną chorobą.

W pewnym momencie Kane próbuje nawet dokonać czegoś w rodzaju zadośćuczynienia za swoje grzechy, proponując idealistyczny plan rewitalizacji jednej z ubogich dzielnic Chicago. Ale te plany ulegają załamaniu - Kane, by utrzymać władzę, musi z nich zrezygnować. Po drugiej stronie front dziennikarz Sam Miller jest bardzo bliski wyjaśnienia i ujawniania choroby Kane'a, jak i jego machinacji, jednak popełnia błąd i niszczy swoją wiarygodność zanim zdołał opublikować swój tekst. Finalnie, Kane zachowuje władze, chociaż jego polityczne imperium jest w ruinach, a objawy choroby się nasilają.

Zło tryumfuje - oto przekaz całego sezonu "Bossa". Intencje nie są istotne, machina władzy - w której nawet Kane jest tylko jedną w ważniejszych figur - nie ma słabych punktów. Końcówka drugiego sezonu pokazuje przemeblowaną scenę polityczną Illinois i zawiera intrygujące wątki, które mogą być rozwinięte w sezonie trzecim. Ale "Boss" nadal nie poradził sobie z najważniejszym problemem całego serialu. Jego twórcy są tak dobrzy w opisywaniu ponurej, niszczycielskiej dla idealistycznie nastawionych osób machinie władzy, że nie zostawiają już nic i nikogo kto byłby sympatyczny. W tym świecie każdy - nawet dziennikarz Sam Miller - jest opętany żądzą władzy. Najbliżej postaci pozytywnej w tym sezonie jest doradczyni Kane'a Mona Fredricks (Sanaa Lathan) ale nawet ona nie ratuje obrazu serialu, w którym wszystko nie jest nawet czarno-białe, ale po prostu czarne. "Boss" jest tak dobry w opisywaniu cynizmu polityki, że nie da się go niestety normalnie oglądać.

Rola Kelseya Grammera jest jedną z najmocniejszych we współczesnej telewizji. Tom Kane jest potworem - ale jednocześnie osobą, która jest wielowarstwowa, magnetyczna dla swoich współpracowników. Dla Kane'a władza jest celem samym w sobie, ale w drugim sezonie widać to lepiej i wyraźniej. Nie jest już postacią bliską karykatury, jak to było poprzednio. Tym bardziej szkoda, że twórcy serialu postanowili konsekwentnie budować serial tak, że mogą zostać przy nim tylko ludzie wybitnie zainteresowani polityką.

Nie ma wątpliwości, obraz współczesnej kampanii politycznej jest w "Bossie" pokazany realnie, a cały serial zawiera wiele smaczków dla political junkies. Niestety, cały jego potencjał jest zmarnowany przez trudną w odbiorze formę i nadmierne epatowanie złem i cynizmem. Przy odrobinie lepszej kalibracji wszystkich elementów, "Boss" byłby hitem. Tak to tylko solidny, ale odpychający serial dla miłośników tej wstrętnej polityki.

REKLAMA