"Misfits" (4x01): Wrócili! No, nie wszyscy wrócili...

Pokręceni bohaterowie "Misfits" powrócili - i choć nowych twarzy jest więcej niż starych, serial nie stracił tego "czegoś". Premierę 4. sezonu oglądało mi się równie dobrze co poprzednie odcinki. Spoilery!

Przyznaję, że bardziej się tego powrotu obawiałam, niż na niego oczekiwałam. W końcu po 3. sezonie pożegnaliśmy kolejne trzy osoby z pierwotnej obsady. Ostał się z niej tylko Curtis (Nathan Stewart-Jarrett), za którym nigdy specjalnie nie przepadałam. Oczywiście, są jeszcze Rudy (Joseph Gilgun) i Seth (Matthew McNulty), ale ten pierwszy długo był dla mnie tylko kopią Nathana, a ten drugi bez Kelly właściwie nie istnieje.

W premierowym odcinku 4. sezonu "Misfits" zostajemy wrzuceni w środek czegoś dziwnego, totalnie szalonej historii, z której na początku trudno cokolwiek zrozumieć. Curtis, Rudy Seth i nowa w ekipie Jess (Karla Crome) gonią, a następnie wściekle atakują drugiego z nowych bohaterów serialu, Finna (Nathan McMullen). Nie wiemy, co się dzieje, wiemy tylko, że wszyscy pożądają pewnej walizki. Akcja cofa się o kilka godzin do tyłu i... wciąż wiemy, że nic nie wiemy.

W dobrze nam znanym budynku pojawiają się Jess i Finn, którzy zostali tu przysłani, żeby wykonywać prace społeczne. Rudy udaje kuratora, co wychodzi mu raczej kiepsko. Powoli zaczynamy dostawać kolejne elementy układanki, które mają doprowadzić nas do prawdy o tym, co się wydarzyło. Chaotyczna i pełna kłamstw relacja Rudy'ego (nic dziwnego, w końcu jest go dwóch) na temat tego, co działo się przed przybyciem nowych bohaterów, sprawia, że widz czuje równie zdezorientowany co ta dwójka.

Nie ma sensu dalej streszczać fabuły, dość powiedzieć, że w ciągu 45 minut zdarzyło się naprawdę wiele, zwrot akcji gonił zwrot akcji i, jakby tego było mało, mieliśmy czas wyrobić sobie jakieś pojęcie o tym, kim są nowi. Finn to niski, nieco dziwaczny chłopak, który ciągle papla i zaskakuje ludzi dziwnym poczuciem humoru. Jess, bezpośrednia, wygadana, wyglądająca na zbyt pewną siebie pannica, ma w sobie trochę z Alishy i trochę z Kelly (swoją drogą, to sympatyczne, że Kelly rozbraja miny w Afryce. Właśnie tak wyobrażałam sobie ją na emeryturze).

Właściwie już od pierwszej sceny pomiędzy Jess i Finnem pojawia się bardzo fajna chemia. A kiedy szykują się na śmierć i symultanicznie sikają w lodówce, oboje są po prostu przeuroczy. Choć tęsknię za starymi bohaterami, nie widzę powodu, by tych nie lubić. O niej na razie wiele nie wiemy, o nim wiemy, że trzyma w domu przywiązaną do łóżka dziewczynę, którą w rozmowach z innymi ludźmi nazywa psem. Pewnie z czasem okaże się, że robi to dla jej dobra. Ale nie da się ukryć - jeśli już widzieliście oczami wyobraźni Finna i Jess żyjących długo i szczęśliwie, to niewątpliwie jest pewna przeszkoda.

Pal jednak licho Jess, pal licho Finna i jego nietypowe zwierzątko domowe! Odcinek skradł nowy kurator, który pojawił się tylko na moment i to wystarczyło. Wystarczyło, bo okazał się wyjątkowo mocnym zawodnikiem, przynajmniej w gębie. I choć doświadczenie nas uczy, że kuratorzy w tym miejscu nie żyją zbyt długo, cieszyłabym się, gdyby ten zaskoczył dzieciaki w pomarańczowych kombinezonach.

W odcinku nie zabrakło tego, do czego Brytyjczycy zdążyli nas przyzwyczaić - czarnego humoru, suspensu, wariackiego tempa i rewelacyjnych rozmów, takich, jakie tylko bohaterowie "Misfits" potrafią prowadzić na poważnie (szczególnie mi się podobała ta, którą prowadzili Jess i Rudy o zaginionej kanapce z serem. Ale rozumiem, jeśli wolicie jakąś inną. Świetnych dialogów było sporo). Powrót serialu oceniam jako bardzo udany, z pewnością nie słabszy od dawnych odcinków "Misfits". Nie da się jeszcze ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że nowi bohaterowie będą nam się podobać tak samo jak dawni. Ale mam wrażenie, że tak.

Poza bohaterami nie zmieniło się absolutnie nic: "Misfits" to wciąż ten sam wariacki, błyskotliwie napisany, pełen rozkładających widza na łopatki pomysłów serial, który w magiczny sposób przykuwa do ekranu i nie chce puścić.

REKLAMA