"Misfits" (4x08): Apokalipsa na rowerach

"Misfits" (Fot. E4)

"Misfits" (Fot. E4)

W finale 4. sezonu "Misfits" szalone wydarzenia następowały jedno po drugim. Szkoda tylko, że niewiele w tym było prawdziwych emocji i w efekcie odcinek wydaje się słabszy od poprzednich. Spoilery!

"Misfits" zawsze miało szalone finały, nie inaczej było w tym roku. Wiele się wydarzyło: Rudy wreszcie zbliżył się do swojej ukochanej, która okazała się zakonnicą. Kurator znów pokazał, że jest bardzo emocjonalnym człowiekiem (swoją drogą to spore zaskoczenie, że on wciąż żyje - dla widzów i bohaterów serialu). Finn uprawiał seks z Abbey (w ramach odkrywania przez nią swojego prawdziwego "ja"), ale po wszystkim żadne z nich specjalnie zachwycone nie było. Jess pokłóciła się z Aleksem, który wyraźnie jest bardzo zakochany w obrazie siebie samego podczas seksu. "Byłeś lepszym chłopakiem, kiedy miałeś waginę". Oj, tak.

Ukochana Rudy'ego zginęła, ale za to udało się zapobiec rowerowej apokalipsie. Alex został ranny i mamy przejmować się tym, czy przeżyje operację oraz zastanawiać się, jaką moc będzie miał, kiedy się obudzi (i co z nim jest nie tak? Czemu miał tyle partnerek i jak zahipnotyzowany wpatruje się w swój obraz w lustrze, kiedy uprawia seks?).

Wszystko to było fajne i zabawne, rozbrajające teksty padały co chwila i w ogóle było prawie tak jak kiedyś. Z naciskiem na prawie. Mój problem z nowym "Misfits" polega na tym, że niby wszystkie elementy układanki są świetne, ale jakoś nie chce mi się to ułożyć w porządną całość. Taką na miarę starego "Misfits".

Trudno jest się czepiać scenariusza, bo zazwyczaj są to bardzo dobrze napisane historie. A i klimat się nie zmienił. Muszę jednak przyznać, że nie potrafię przejmować się losami bohaterów, bo w większości nie zaczęli mnie obchodzić. Serial ciągnie w zasadzie już sam Rudy. Jess jest świetną dziewczyną, Finnowi też niczego nie brakuje - zagadką pozostaje, czemu nie napisano dla nich bardziej wyrazistych wątków. Alex z baru to na razie największy nudziarz, jakiego "Misfits" widziało. A "Misfits" widziało Curtisa. Abbey wydaje mi się dobrym nabytkiem (może ujęła mnie "przygarnięciem" ciąży?), ale jest z nami na razie bardzo krótko.

Nie zrozumcie mnie źle, wciąż bardzo lubię "Misfits". Nawet teraz, po wymianie całej już obsady, to wciąż jeden z moich ulubionych seriali. Co nie jest tajemnicą dla tych z Was, którzy co tydzień czytają nasze zestawienia hitów tygodnia. Ale coś mi w tym wszystkim nie klika. I naprawdę nie chce mi się czekać rok, żeby dowiedzieć się, co dalej z tym nieszczęsnym Aleksem (zabijcie go! Po prostu go zabijcie) albo kim naprawdę jest Abbey. Choć jako grupa nowi bohaterowie wypadają całkiem fajnie, nie zdążono mnie jeszcze zainteresować każdym z osobna.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy na rowerach idealnie wpisali się w estetykę serialu i nie miałabym nic przeciwko jakiejś dłuższej potyczce z nimi. Ale jednocześnie uważam, że zrobiono duży błąd, zabijając Nadine. Facet taki jak Rudy umawiający się z zakonnicą? Przecież to samograj! Ich rozmowy prawdopodobnie nigdy by mi się nie znudziły. Podobnie jak jego przetykane wulgaryzmami próby nawiązania kontaktu z Bogiem.

Ale cóż, nawet jeśli zaakceptujemy, że miłość to czołganie się na golasa przez połamane szkło i psie gówno, nie wszyscy po odrobieniu tej lekcji dostajemy swoje szczęśliwe zakończenie. Smutny Rudy wypadł świetnie - i to chyba właśnie jego dalsze losy interesują mnie najbardziej. Czy się zmieni po tym, co go spotkało?

4. sezon "Misfits" z pewnością nie był zły, ale uważam, że twórcy mogli włożyć więcej wysiłku w stworzenie wyrazistych postaci, do których bylibyśmy w stanie się przywiązać. Bo na razie Jess, Finn czy Alex wypadają blado przy Simonie, Kelly albo Nathanie.

REKLAMA