10 najlepszych seriali 2012 wg Agnieszki Jędrzejczyk

"The Walking Dead" (Fot. AMC)

"The Walking Dead" (Fot. AMC)

Po dwóch dziesiątkach, w których triumfował "Mad Men", przyszedł czas na trochę inne klimaty. Oto trzeci już odcinek naszych podsumowań roku.

10. "Continuum". Kanadyjski serial science fiction o policjantce z przyszłości nie zachwycał przed premierą praktycznie niczym: nijakie materiały promocyjne i mało oryginalny zarys fabuły wręcz od niego odstraszały. Tymczasem "Continuum" okazało się niemałą niespodzianką, zapewniając nie tylko przemyślaną intrygę, ciekawy rozwój bohaterów i sensowną wizję przyszłości, ale również poruszając trudny temat granic uzasadnionego zła i dobra. Pozytywne przyjęcie zagwarantowało "Continuum" zamówienie na 2. sezon, ale tu już trzeba będzie przyglądać mu się uważniej, bo pierwotnie historia miała zostać zamknięta w 10 odcinkach. Jeśli jednak utrzyma swój unikalny charakter, być może szykują się kolejne silnie fantastyczne wakacje. Trzymam kciuki.

9. "Teen Wolf". Produkcję MTV zaczęłam oglądać zupełnie bez przygotowania - skończyło się na tym, że połknęłam wyemitowany w wakacje 2. sezon prawie za jednym podejściem. W kategorii "urban fantasy z młodzieżowym wdziękiem okraszonym wyważonym kiczem i z dużą domieszką niewymuszonego humoru" "Teen Wolf" nie ma w sobie równych. MTV stworzyło rewelacyjną mieszankę komedii i dramatu, która nie traktuje siebie całkowicie na poważnie, doskonale wie, jak przesadzone chwyty stosuje, i na całego wykorzystuje pełnię filmowej dynamiki w iście teledyskowym stylu. W efekcie wychodzi jeden z najciekawszych seriali ostatnich lat, któremu małe ambicje nie przeszkadzają w zmyślnym prowadzeniu fabuły. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia.

8. "American Horror Story: Asylum". Byłam fanką 1. sezonu "AHS" - ale dopiero 2. pokazał mi, jak naprawdę mocny może być ten serial. Nowe otoczenie, nowi bohaterowie i nowa historia znacznie lepiej czują się wplątani pomiędzy charakterystyczny montaż, makabrę i szokujące rewelacje. Twórcy cały czas dbają o utrzymanie napięcia, przez co w "Asylum" niczego nie można być tak naprawdę pewnym - nawet pomimo tego, że główna ość fabularna w miarę trwania sezonu idzie dość przewidywalnym torem. Mimo wszystko drugiego takiego tytułu nie ma, co mnie, jako miłośniczkę dobrych horrorów i dobrych seriali, wyjątkowo cieszy.

7. "Fringe". Choć 4. sezon rozmył się w niepotrzebnych wątkach i niezrozumiałych decyzjach, wiosenną końcówką udało mu się sprowadzić serial na właściwsze tory i wycisnąć pełnię emocji z ostatecznego starcia z Robertem Davidem Jonesem i Williamem Bellem. Pożegnanie z zespołem z alternatywnej rzeczywistości to z kolei jeden z najbardziej smutnych, ale i pięknych odcinków w historii tego serialu. A teraz, w 5. sezonie, jest tylko lepiej. Domknięcie historii Olivii, Petera i Waltera to święto dla wiernych fanów, którzy bez skrępowania mogą cieszyć się dziesiątkami smaczków, a do tego chylić czoła przed wspaniale poprowadzonym dramatem ojca, syna i ukochanej, którzy walczą nie tylko o przyszłość świata, ale i o siebie. Im bliżej finałowego odcinka, tym mocniej łamią się serca fanów - i paradoksalnie za to właśnie można bić twórcom największe brawa. Wszyscy wiedzieliśmy, że ta historia nie będzie mieć szczęśliwego zakończenia, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo pragnęlibyśmy, by jednak miała. Jeśli więc żegnać się z widzami, to tylko w stylu, w jakim robi to "Fringe".

6. "Hart of Dixie". Nie potrafię wyobrazić sobie, jak można nie kochać "Hart of Dixie" - serialu tak ciepłego, jak piękne słoneczne Południe. 1. sezon właściwie od początku trzymał fason, a sposób, w jaki Zoe ostatecznie znalazła dla siebie miejsce w Bluebell utwierdził mnie w przekonaniu, że twórcy świetnie znają się na tworzeniu wiarygodnych scenariuszy. Z kolei 2. sezon rozwinął swoje skrzydła naprawdę szeroko. Postacie przeszły prawdziwą ewolucję, ale nie zatraciły swojego charakteru. Historia stała się odrobinę dojrzalsza, ale nic nie straciła ze swojej lekkości. Umiejętne żonglowanie komedią i dramatem weszło chyba na nowy poziom, a nowi bohaterowie, nowe sytuacje i nowe perypetie bez skrępowania bawią niemal po pachy. Nie ma lepszego, bardziej kolorowego i bajkowego serialu niż "Hart of Dixie".

5. "Homeland". "Homeland" oceniłabym pewnie znacznie wyżej, gdyby wysoki poziom z początku sezonu utrzymał się do samego końca. Jednak pomimo niepotrzebnych dłużyzn, zapychaczy i przesunięcia skupienia na miałki romans Carrie i Brody'ego, w dalszym ciągu jest to tytuł nieprzeciętny, któremu na próżno szukać odpowiednika. Poza tym nie mogę zapomnieć, jakich głupków zrobił z bohaterów - i mnie - potężny finał. W jednej chwili wybaczyłam 2. sezonowi większość wpadek. Ostatecznie pozostał jednak pewien niesmak, stąd też tylko miejsce 5. Ale nie mogę zaprzeczyć, że "Homeland" to jedna z najlepszych serialowych pozycji ostatnich lat. Ja przynajmniej to dalej kupuję.

4. "The Big Bang Theory". Przyznam, że nawet nie zwróciłam uwagi na spadek jakości w 5. sezonie - bawił mnie do końca i nie mogłam doczekać się na jesienny powrót serialu. Jednak dopiero po kilku pierwszych odcinkach 6. serii dotarło do mnie, jak bardzo brakowało mi tych nerdowskich klimatów, z którymi w ostatnim czasie rzeczywiście nie było "TBBT" zbytnio po drodze. Tymczasem obserwowanie triumfalnego powrotu do błyskotliwych dialogów skupionych wokół fanboyowskiej kultury bohaterów to jeden z najlepszych serialowych prezentów pod choinkę, w sam raz na koniec roku. "The Big Bang Theory" bez dwóch zdań rządzi w moim komediowym światku.

3. "Southland". Serial o detektywach i policjantach z jednostek patrolujących niebezpieczną dzielnicę Los Angeles, który nie jest ani typowych proceduralem, ani kryminałem, ale rasowym dramatem przedkładającym brutalną codzienność nad typowe historyjki osobiste i szybko rozwiązywalne sprawy. "Southland", kręcony wyłącznie kamerą z ręki, to mocna dawka szarości, której próbuje przeciwstawić się moralność. Właśnie o tym opowiada 4. sezon - dotychczas chyba najmocniejszy i najbardziej w swoim przekazie przerażający. I po dziesiątkach procedurali w ramówce, najbardziej odświeżający. Jeśli chcecie obejrzeć serial o brudzie, trudzie i codziennej walce z samym sobą, sięgnijcie po "Southland" - nie bez powodu daję go w tym zestawieniu tak wysoko.

2. "Sherlock". Za "Sherlocka" zabrałam się bardzo późno, ale od razu poczułam jego potęgę. Fenomenalna rola Benedicta Cumberbatcha, genialny w swojej prostocie Martin Freeman, cięty scenariusz i fantastycznie zmieszane materiały źródłowe czynią z tej brytyjskiej produkcji wyjątkową ucztę dla serialowych zmysłów. Nic dodać.

1. "The Walking Dead". Na samym szczycie mojej dziesiątki serial, który powrócił niemal jak feniks z popiołów. W tym roku udały mu się dwie rzeczy, jedna lepsza od drugiej: przywrócić utracone w pierwszej połowie 2. sezonu napięcie, zapewniając mocną i niezapomnianą końcówkę, i powrócić w 3. sezonie silniejszym niż kiedykolwiek przedtem. Choć wierzyłam w "The Walking Dead" od początku do końca, dopiero w 3. sezonie widać, na co naprawdę ten serial stać. Każdy odcinek dostarcza coraz większych emocji - czy to w pełnych napięcia starciach ze szwendaczami, czy niepokojącym zachowaniu Gubernatora, czy relacjach pomiędzy zmęczonymi postaciami - a odważne decyzje i zaskakujące niespodzianki to już flagowe motywy tego sezonu. Jestem szalenie ciekawa, co przyniesie powrót w lutym, bo moje przywiązanie do bohaterów już od początku sezonu każe mi się o nich bardzo mocno martwić. Na takie "The Walking Dead" czekaliśmy - i na taką postapokalipsę na małym ekranie.

10 najlepszych seriali 2012 roku wg Marty Wawrzyn>>>

10 najlepszych seriali 2012 roku wg Michała Kolanki>>>