10 największych serialowych rozczarowań roku

"True Blood" (Fot. HBO)

"True Blood" (Fot. HBO)

Święta już za nami, 2012 rok za chwilę się skończy, a przecież nie wypada tylko chwalić...

Ostatnio, chyba z powodu nagłego przypływu świątecznej dobroci, na wirtualnych łamach Serialowej głównie chwalimy. Słusznie, w końcu wiele ciekawych rzeczy się zdarzyło przez ostatnie 12 miesięcy.

Jeśli jednak miałbym przygotować listę 10 najlepszych seriali roku, to z czystym sumieniem znalazłbym ze cztery i to raczej w okolicach miejsc 5-8, a nie 1-4. Z bliżej nieokreślonego powodu niewiele z moich ulubionych seriali zaliczyło dobry rok.

Poniższa lista zawiera więc produkcje, na których za jakiegoś powodu szczególnie się zawiodłem i które pomimo zapowiedzi oraz obietnic, nie były w stanie dostarczyć solidnej porcji rozrywki. Potencjalnych kandydatów trochę się zebrało, jednak nie wszyscy znajdą się wśród 10 wyróżnionych.

Nie pojawią się np. seriale słabe i bardzo złe, o których wiadomo było, że takie będą. Nie będę więc pastwić się nad "Beauty and the Beast" i "Revolultion"... – choć w tym drugim wypadku niektórzy spodziewali się, że owocem mariażu specjalisty od taśmowego zakrzywiania czasoprzestrzeni (Abrams) z autorem poręcznych serialowych poradników rodzinnych (Kripke) będzie coś zdatnego do oglądania.

Nie załapie się również "Elementary", które zwyczajnie owe oczekiwania spełniło. Miała produkcja CBS nie dorastać do pięt pewnemu brytyjskiemu serialowi z imieniem w tytule i nie dorasta. Miało być całkiem porządnie i przyzwoicie – tak też jest. Johny Lee Miller miał się sprawdzić się roli detektywa-konsultanta – w każdym z dotychczas emitowanych odcinków wypadł bardzo dobrze.

Zanim jednak o dziesięciu nie do końca wspaniałych, chciałbym przyznać specjalną nagrodę stacji NBC za sposób, w jaki w ostatnim roku obchodziła się z jedną z najlepszych komedii – "Community". Niewiele stacji potrafi tak skutecznie ograniczać widownię swoim produkcjom, a ostatni wyczyn, w postaci przesunięcia październikowej premiery na luty 2013, z całą pewnością znajdzie kiedyś poczesne miejsce w nienapisanej jeszcze książce: "Jak ukatrupić własny serial. Praktyczny poradnik dla prawdziwego szefa telewizji".

http://youtu.be/7LV7M_WeGX8

Wracając jednak...

10. "Once Upon a Time". Nigdy nie miałem ogromnych oczekiwań wobec "Once Upon a Time". Niestety, w trakcie ostatnich 12 miesięcy otrzymałem od twórców jeszcze mniej rozrywki, niż kiedykolwiek mógłbym się spodziewać. Na dodatek w 2. sezonie Storybrooke stało się prawdopodobnie najnudniejszą mieściną w fikcyjnej Ameryce, a pewien Książę (Joshua Dallas) lepiej by drzemał jeszcze przez kilka sezonów. Dobrze, że wciąż pozostaje nadzieja na powrót Reginy (Lana Parilla) do nieco bardziej przebiegłej i złej wersji siebie.

9. "Supernatural". Kolejne miejsce należy się "Supernatural" za konsekwentne próby emocjonalnego znęcania się nad widzem i skuteczne zabicie jakichkolwiek resztek tajemnicy. W połowie 8. sezonu można śmiało stwierdzić, że Winchesterowie byli już wszędzie i widzieli wszystko. Nie mają nic więcej do odkrycia, a ich podróż wypada podsumować jako: "W 160 odcinków dookoła najnudniejszego wszechświata w historii telewizji". Ostatni rok ratują jedynie trzy postacie: Bobby (Jim Beaver), Castiel (Misha Collins), Crowley (Mark Sheppard) i dlatego "Nie z tego świata" znalazło się tak nisko w tym zestawieniu.

8. "Dr House". Miejsce 8. należy się "House'owi" za zakończony w maju 8. sezon – serię, która nie powinna nigdy zostać nakręcona. Z produkcją powinniśmy pożegnać się rok wcześniej, w zupełnie innej atmosferze. W czasach, gdy losy pracowników szpitala Princeton–Plainsboro jeszcze kogokolwiek obchodziły i gdy komukolwiek chciało się wspominać najlepsze momenty, sceny, tworzyć epitafia etc.

7. "2 Broke Girls". Bardzo żałuję, ale w 2. sezonie Max (Kat Dennings) i Caroline (Beth Behrs) przestały mnie śmieszyć. Jeszcze w drugiej połowie 1. sezonu niepoprawny i niezbyt wysokich lotów humor wypadał bardzo naturalnie. Pod koniec roku już niestety nie. Nie pozostało więc nic innego, tylko zwyczajnie porzucić już nie tak urocze spłukane dziewczyny i żegnając się, pominąć przy okazji niesławne: "zostańmy przyjaciółmi".

6. "Bones". Najlepszy (moim zdaniem) serial 2011 roku wylądował na miejscu 6. W żadnej innej produkcji w ubiegłym roku tak bezmyślnie nie dbano o bezpieczeństwo głównych bohaterów. Przez to nawet niebezpieczny przeciwnik pokroju Christophera Pelanta (Andrew Leeds) wypadł blado, a cotygodniowe zagrożenia stanowiły jedynie dodatek do cotygodniowej lekcji przewijania noworodków. W the Jeffersonian Institute brakuje tylko pastora, by z serialu zrobić nowe "7th Heaven".

5. "Arrow" – Z każdym kolejnym odcinkiem produkcja emitowana na antenie The CW coraz bardziej zaczyna przypominać tak nieudane serie, jak "No Ordinary Family" i "The Cape". Co więcej, scenarzystom "Arrow" należy przyznać formalny zakaz wpisywania Olivera (Stephen Amell) i Diggle'a (David Ramsey) w te same sceny, a wszelkie rozmowy dwóch panów powinny odbywać się za pomocą wiadomości tekstowych. A tak fajnie się zaczęło...

4. "NCIS: Los Angeles". Nie spodziewałem się, że kolejny z moich ulubionych seriali 2011 roku zaliczy tak słabe 12 miesięcy. Losowe zgony, urywane i pojawiające się znikąd wątki, bezsensowny crossover z "Hawaii Five-0"... Już nawet NCIS w tytule nie ma najmniejszej racji bytu. Dodatkowo produkcja straciła w ostatnim czasie resztki swojej serialowej tożsamości i próbuje udawać marny film szpiegowski. Obecnie przygody dziwnych ludzi z Los Angeles są więc zbiorem przypadkowych scen, czasem bardzo przyjemnych i zabawnych, jednak kompletnie bezcelowych.

3. "Necessary Roughness". W ubiegłym roku przygody doktor Santino były chyba najbardziej wypucowaną produkcją lata – dobrze napisaną, przyzwoicie wyglądającą i ze świetną rolą Callie Thorne. Po tak dobrym 1. sezonie, tegoroczny powrót w świat sportu i problemów ze zdrowiem psychicznym był przeżyciem wręcz depresyjnym. Poszczególne wydarzenia raziły przypadkowością, relacje T.K. (Mehcad Brooks) z resztą świata straciły bardzo wiele uroku, a niektórzy bohaterowie pojawiali się i znikali bez szczególnie dobrego powodu. Oby 2013 rok był choć odrobinę lepszy...

2. "Leverage". To bardzo przykre, gdy porządne seriale kończą swoją przygodę z telewizją bardzo słabymi sezonami. Oglądanie 5. sezonu "Leverage" było niestety przygnębiającym doświadczeniem. Timothy Hutton przez większość czasu wyglądał, jakby rola Nate'a zwyczajnie go znudziła, a i scenarzyści nie popisali się w niektórych odcinkach – szczególnie gdy tytułowy przekręt zastępowali pospolitym wymuszeniem (np. "The Blue Line Job"). I nawet bardzo dobry finał niczego nie uratował. Szkoda, wielka szkoda.

1. "True Blood". Moim prywatnym rozczarowaniem roku jest "True Blood", choć nie ze względu na jakąś wyjątkową słabość 5. sezonu, wszakże była to lepsza seria niż ta oznaczona numerem 4. Produkcja bardzo mnie zawiodła, ponieważ pomimo początkowo niezbyt wysokich oczekiwań, dałem się zwieść. Ponownie uwierzyłem, że serial ma szansę powrócić do poziomu z połowy 2. sezonu i znowu dane mi będzie poczuć cudowną mieszankę chaosu i szaleństwa. Bez tej atmosfery istnienie "True Blood" nie ma sensu, nawet jeśli w 5. sezonie pierwsze skrzypce ponownie grał Russell Edgington (Denis O'Hare).

REKLAMA