Finał "Desperate Housewives": Trup z kapelusza ląduje w skrzyni

Z całego 7. sezonu "Gotowych na wszystko" zapamiętam tylko ostatnich kilka minut. Zdesperowane gospodynie w ciągu ostatnich siedmiu lat przeżyły wszystko, czego tylko przeżyć nie można, by w końcu symbolicznie wrócić do początku. Do skrzyni z trupem.

Ostatni sezon "Desperate Housewives" był nieprawdopodobnie kiepski. Serial już od dawna ma problemy z utrzymaniem równego poziomu, ale takiego nagromadzenia dziwacznych i niepotrzebnych wątków jeszcze nigdy nam nie zafundowano. Kolejne nieprawdopodobne zdarzenia wyskakiwały jak króliki z kapelusza, powodując chaos w serialu i wzrost zniecierpliwienia u widzów.

Powrót Paula. Tajemnicza żona Paula. Próba zamordowania Paula. Syn, który pojawił się, by zaraz zniknąć. Samobójstwo już nie tajemniczej żony Paula. Porno. Zamieszki. Brak nerki. Czekanie na nerkę. Wojna o nerkę. Koniec wojny o nerkę. Prawdziwa córka. Wyjazd prawdziwej córki. Zapomnienie o prawdziwej córce. Zmartwychwstały ojczym. Zamordowanie zmartwychwstałego ojczyma. Umieszczenie zmartwychwstałego ojczyma w skrzyni. Obiad na skrzyni z trupem.

Nowa gospodyni. Mąż nowej gospodyni. Płytkie problemy nowej gospodyni. Nowy nieślubny facet w domu konserwatystki. Dziecko nieślubnego faceta. Kolejny nieślubny facet w domu konserwatystki. Alkoholizm syna. Wielka kasa. Rozpad małżeństwa przez wielką kasę. A może przez znudzenie. Trucizna. Aresztowanie. Wypadek. Wyjazd Paula. Powrót Susan. Obiad na skrzyni z trupem.

Najbardziej dramatyczne wydarzenia można było skwitować co najwyżej długim ziewnięciem. Wiele wątków, tak jak ten z Andrew alkoholikiem wyznającym prawdę czy ten z prawdziwą córką Gabrielle, zaczęto, by w mniej lub bardziej elegancki sposób porzucić. Zachowanie postaci drażniło, bo stawało się coraz bardziej nieprawdopodobne z psychologicznego punktu widzenia. Na dodatek wszyscy nagle zaczęli się posługiwać infantylnym językiem. Spłyciły się i zdurniały nawet minifelietoniki Mary Alice otwierające i zamykające każdy odcinek.

Komedia znów przemieszała się z kryminałem, przy czym coraz trudniej było zgadnąć, które jest które. Z odcinka na odcinek niesmak rósł, ale nie rzuciłam "Gospodyń", o nie. Wiadomo, sentyment. A poza tym nie tak łatwo wypluć zużytą gumę. Więc oglądałam jak nieprawdopodobne staje się nieprawdopodobne do kwadratu, smutne śmieszy, a śmieszne wywołuje uczucie współczucia wobec scenarzystów.

W finale zrobili, co mogli, żeby mi wynagrodzić stracone 21 godzin – i po części im się to nawet udało. Znakomicie wypadli Tom i Lynette, starzejący się, zmarnowani, zmęczeni, rozstający się po 20 latach bez większego powodu. On ma nową pracę, nowe zabawki, zarabia (dzięki niej) mnóstwo forsy. Będzie się dobrze bawił. Ale co zrobi ona? Ona nie ma nic. Jeśli tego zepsują w przyszłym sezonie, walcząca Lynette znów będzie świetna jak kiedyś.

Wątek powstającego z martwych ojca Gaby zachwycił mnie już zdecydowanie mniej, choćby dlatego że pojawił się nagle, przybywając znikąd. Ale już przypadkowe morderstwo, zapakowanie zwłok do skrzyni i podanie na tej skrzyni obiadu to mistrzostwo świata. Zaczerpnięte z Hitchcocka, ale jednak. Mroczna tajemnica, która znów połączyła wszystkie główne bohaterki, każąc im w przyszłości okłamywać najbliższych, w tym chłopaka policjanta, może dać temu serialowi drugie życie.

A przynajmniej przyzwoity sezon 8., w którym będziemy śmiać się z wygłaszanych kwestii, a nie z tego, kto owe kwestie napisał, i bać się tego, co za chwilę się stanie, a nie tego, że za chwilę zaśniemy z nudów. Miejmy też nadzieję, że będzie to już ostatnia seria "Gospodyń".