"The Americans" (1x01): Wojna nie taka zimna

"The Americans" (Fot. FX)

"The Americans" (Fot. FX)

Sielskie amerykańskie przedmieścia skrywają tajemnice - nie tylko w "Desperate Housewives", ale i w rzeczywistości. Rzeczywistości, której jakimś odbiciem jest "The Americans", nowy, intrygujący serial FX o radzieckich agentach śpiochach z lat 80.

Rok 1981 rok. Urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych objął Ronald Reagan, uważany za przez Demokratów za "jastrzębia", a przez Rosjan za szaleńca konserwatywny polityk, po którym spodziewano się, że przyjmie twardy kurs wobec ZSRR, co może doprowadzić nawet do nuklearnej zagłady. Atmosfera paranoi po obu stronach sięga zenitu. W FBI zaczyna się mówić o radzieckich agentach śpiochach - ludziach, którzy "mieszkają w sąsiedztwie, wyglądają jak my, mówią lepiej po angielsku niż my". Niektórzy wciąż uważają, że to bajka, ale prezydent jest zdecydowany. Podpisuje tajny Executive Order 2579, który zezwala FBI na użycie wszelkich środków podczas ścigania uśpionych agentów KGB.

"The Americans" oferuje nieco uproszczoną wersję historii tamtych czasów, ale jako wprowadzenie to wystarczy aż nadto. Najważniejsze jest, że oglądając nowy serial FX tę nerwowość, tę paranoję, która udzielała się wtedy nawet zupełnie zwyczajnym ludziom, po prostu czujemy. Cała reszta nie jest lekcją historii, a opowieścią o ludziach i ich emocjach.

Główni bohaterowie "The Americans" to Elizabeth i Phillip Jennings (Keri Russell i Matthew Rhys), na pozór typowe amerykańskie małżeństwo z dwójką dzieci, mieszkające w idyllicznie prezentującym się domku na przedmieściach Waszyngtonu. Wyglądają jak Amerykanie, mówią po angielsku tak jak Amerykanie, ale Amerykanami nie są. Są tymi strasznymi rosyjskimi szpiegami, na których zaczyna się właśnie obława.

W długim (prawie 70 minut) pilocie poznajemy ich całkiem nieźle. Z od niechcenia wrzucanych tu i ówdzie flashbacków dowiadujemy się, jak wyglądała ich dotychczasowa droga, poznajemy osobowości obojga. Orientujemy się, że on najchętniej by sobie dał spokój ze szpiegowaniem dla Matuszki Rosji i został zwyczajnym amerykańskim nudziarzem z przedmieścia. Jej tak bardzo nie kręci konsumpcyjna kultura wroga. Jest zimna, pragmatyczna i zdecydowana. I nieco mniej zainteresowana życiem rodzinnym niż on.

Ale to nie cała prawda o nich. Choć to małżeństwo aranżowane, jest tam wzajemne oddanie (może nawet miłość?), które potrafi wygrać ze wszystkim innym. I całe mnóstwo innych emocji. Jest ich ciągła walka ze sobą, ale też wspólna walka o przetrwanie. Są śniadania z naleśnikami, jest śpiewanie hymnu w szkole (dzieci oczywiście nie mają pojęcia, jaka jest prawda o ich rodzicach), są szalone pościgi, szpiegowskie przebieranki i czyszczenie auta z krwi między praniem a szykowaniem obiadu. "The Americans" kipi od emocji.

Ta ich codzienność, ich kłótnie i godzenie się, ich zwyczajne rozmowy stanowią największą siłę "The Americans". Już w pilocie wypadło to pysznie, ale oczywiście mam nadzieję, że z biegiem czasu emocje bohaterów zostaną jeszcze pogłębiane. Zwłaszcza że stawka ma przecież teraz wzrosnąć, a sąsiadem Jenningsów został właśnie agent FBI (i to nie byle jaki agent - o czym ma nas przekonać ostatnia scena).

Nieco słabiej niż obraz rodziny głównych bohaterów, będących de facto wspierającymi imperium zła antybohaterami, wypadają typowo szpiegowskie momenty. Elizabeth w blond peruce robi loda facetowi z Departamentu Sprawiedliwości. Jej mąż ma szafkę pełną rozmaitych przebrań, ale i tak wygląda zazwyczaj podobnie do siebie. Phillip wraz z jeszcze jednym agentem ścigają zdrajcę - gonią go, gonią i dogonić nie mogą, a widz ziewa i ziewa. To pewnie było realistyczne, ale było też strasznie nudne. Niestety, w tej warstwie "The Americans" wypada na razie zaledwie poprawnie.

Ale klimatu, trzeba przyznać, nie zabrakło. Filtr do kamery robi swoje. Pościgom i scenom pozbywania się trupów towarzyszą dawne przeboje Fleetwood Mac czy Phila Collinsa. Keri Russell w ciuchach z lat 80. wygląda obłędnie (Keri Russell zresztą zawsze wygląda obłędnie). Ławki w Waszyngtonie są niemalże zamieszkałe przez szpiegów (te ławki zawsze wywołują u mnie uśmiech i chęć sprawdzenia, czy to naprawdę tak jest).

Nawet jeśli "The Americans" momentami mnie dziwi łatwymi rozwiązaniami (np. słaba charakteryzacja - Elizabeth i Phillip 20 lat wcześniej wyglądają dokładnie tak jak teraz. Albo angielski z rosyjskim akcentem, kiedy rzecz dzieje się w Rosji. Albo szklanki do herbaty... a nie, to akurat było sympatyczne. Pamiętacie, jak my też piliśmy herbatę ze szklanek? Brrr, straszne czasy!) albo denerwuje kliszami (początkowe sceny, oj...), to jednak uważam, że to bardzo mocny debiut i z pewnością będę serial dalej oglądać.

W tej historii jest wiele uroku, świeżości i paradoksalnie - jakaś prawdziwość. Keri Russell i Matthew Rhys znakomicie budują emocjonalną więź pomiędzy swoimi bohaterami, pełną subtelnych niuansów, które będziemy jeszcze poznawać i poznawać. Serial toczy się przyjemnie i niespiesznie, trochę jak "Justified", którego twórca, Graham Yost, jest też jednym z autorów "The Americans".

Drugi z twórców, Joe Weisberg (autor "Falling Skies") to były agent CIA, który odnalazł się w pisaniu scenariuszy. O ile "Falling Skies" odrzuciło mnie już po paru pierwszych odcinkach, o tyle tutaj wreszcie widać, że facet wie, o czym pisze. Możemy mieć nadzieję, że w "The Americans" nie będzie idiotycznych uproszczeń, wynikających z tego, jak laik sobie wyobraża ekscytujące życie szpiega (choć na pewno przydałyby się ciekawsze sytuacje "z życia szpiega", niż ten nieszczęsny pościg z początku pilota). Cieszę się też na myśl o gościnnych występach Margo Martindale, która wymiatała w 2. sezonie "Justified".

Na razie jest za wcześnie, by porównywać "The Americans" do "Homeland", co uparcie robią amerykańscy krytycy. Ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to będzie kawał dobrej telewizji.