"Banshee" (1x10): Seks, amisze i karabiny

"Banshee" (Fot. Cinemax)

"Banshee" (Fot. Cinemax)

Pierwszy sezon "Banshee" wypadał chwilami z trasy, ale cała podróż z tym serialem nie była stratą czasu. Uwaga na spoilery!

Najgorszy był bez wątpienia odcinek 5. ("The Kindred"), gdy tytułowe miasteczko napadł gang motocyklowy. Obszarpani motocykliści najpierw chcieli zgwałcić Carrie (Ivana Milicevic), a następnie mścili się za śmierć kolegi. Oglądałem to wszystko i nie mogłem zrozumieć: do czego nas twórcy serialu prowadzą? Wyglądało, jakby "Banshee" miało zdryfować w stronę procedurala – bo historia z motocyklistami nie miała żadnego związku z dotychczasową fabułą serialu.

Łudziłem się jeszcze, że może goście z planu "Sons of Anarchy" pojawili się w "Banshee" np. za sprawą Królika (Ben Cross) lub są częścią jakiegoś sprytnego planu Proctora (Ulrich Thomsen) – ale nic z tego. Mogło się wydawać, że w ostateczności scenarzystom chodziło o zbliżenie naszego głównego bohatera (Antony Starr) do jego podwładnej Shioban (piękna Trieste Kelly Dunn, chociaż jej urodę tłumi policyjny mundur) – ale to też mylny trop, a Shioban w kolejnych odcinkach (ku mojemu zmartwieniu) jest już znacznie mniej.

Krótko mówiąc – po 5. odcinku byłem mocno zdegustowany (zwłaszcza że dwa poprzednie także nie zachwycały) i miałem szczery zamiar odpuścić sobie "Banshee" na pewien czas. Uznałem, że może i jest to guilty pleasure dla chłopców, pełne przemocy i seksu z pięknymi kobietami – ale przecież przemoc i seks to nie wszystko. Fabuła też jest ważna, a fabularnie "Banshee" dryfowało, nie mając w sobie nic z uroku seriali typu "Justified".

Na szczęście serial zaczął wracać na kurs już w 6. odcinku, gdy poznaliśmy więzienne losy Bezimiennego (bo warto zwrócić uwagę, że grany przez Starra bohater nie ma nazwiska – znamy go tylko pod nazwiskiem szeryfa Lucasa Hooda – którym przecież nie jest). W prosty sposób wytłumaczono widzom, dlaczego fałszywy szeryf jest takim fajterem – nie miał innego wyjścia. Musiał albo stać się więziennym superbohaterem, albo... zmienić orientację seksualną.

Odcinek 7. to już tak naprawdę wstęp do rozciągniętego na trzy kolejne odcinki finału. Podczas tych kilku godzin poznajemy wiele szczegółów z przeszłości bohaterów, a wydarzenia toczą się wartko.

Oglądając finałowe, odcinki coraz mocniej zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że główna opowieść interesuje mnie najmniej. Po pierwsze, z powodu schematyczności, a po drugie - słabej postaci Carrie/Anastazji. Grająca ją Milicevic była modelką – i to widać. Jest wychudzona, płaska i ma charyzmę wieszaka. W dodatku sprawy nie ułatwiają jej twórcy serialu, którzy każą córce Królika zachowywać się nieustanie w histeryczny i głupi sposób. Aż trudno uwierzyć, że mogła przez tyle lat ukrywać się przed ojcem.

Trudno też uwierzyć, że ten histerycznie rzucający się po planie wieszak mógł rozkochać w sobie aż dwóch twardych mężczyzn – Bezimiennego oraz prokuratura Hopewella (Rus Blackwell). Ba, nawet trzech, bo w pewnym momencie pojawia się i kolejny amant.

Mojej niechęci do wątku głównego dopełniła rozprawa z Królikiem. Spodziewałem się czegoś bardziej finezyjnego, tymczasem po zagęszczeniu akcji w odcinkach 8-9, w ostatnim odcinku doszło po prostu do... wielkiej rozpierduchy. W użyciu był nawet granatnik przeciwpancerny RPG, ale efektowne eksplozje nie mogą zagłuszyć fabularnej pustki. Ciężko pobita Carrie, która jeszcze kilka godzin wcześniej krwawiła jak zarzynane zwierzę, zmontowała ekipę złożoną zarówno z dawnych, jak i nowych kumpli fałszywego szeryfa, po czym z karabinem w ręce ruszyła na swojego ojca oraz jego ukraińskich bandytów.

Jak na razie najbardziej finezyjna w "Banshee" pozostaje więc wspaniała czołówka. Jeśli dokładnie przyjrzycie się zdjęciom prezentowanym jako tło napisów, zobaczycie, jak wiele szczegółów się na tych fotografiach zmienia, i jak bardzo nawiązują one do akcji. Wystarczy powiedzieć, że na jednej z fotografii są części karabinu. Co odcinek stopniowo składają się one w całą broń - karabin M4. W czołówce finału M4 znika ze zdjęcia, za to pojawia się w rękach bandytów strzelających do Bezimiennego.

Dużo bardziej od perypetii rodziny Królika interesują mnie wątki związane z postacią Kaia Proctora – amisza wykluczonego z grona swoich, który buduje biznesowo-gangsterskie imperium na prowincji. W finale u boku Proctora pojawia się jego bratanica Rebbeca (Lili Simmons). Dziewczynę poznaliśmy już wcześniej i wiemy, że młoda amiszka nie ma żadnych zahamowań. Będzie pilną uczennicą swojego wujka – i zapewne też czymś więcej (wiem, fuj). Scena, gdy razem robią psikusa indiańskiej konkurencji, a potem biorą się za ręce jest jedną z najlepszych w całym serialu. To jest klimat, który znamy z "True Blood"(najsłynniejszej produkcji Alana Balla) - zło, emocje, atmosfera seksualnego napięcia i wciągająca intryga.

Mam nadzieję, że w nowym sezonie akcja skupi się wokół wojny między mafią amiszów a mafią Indian. Bezimienny szeryf w tym starciu może być pionkiem w rękach Proctora, gdyż w zamian za pomóc musiał złożyć mu coś w rodzaju hołdu (swoją drogą, i tu kolejny kamyczek do ogródka scenarzystów, przez kilka odcinków tworzono fabularne podstawy współpracy Proctora z Bezimiennym, a w końcu cała rzecz sprowadziła się do jednej serii z kałasznikowa – to największy zawód w finale).

Właśnie postacie Proctora, Rebekki oraz coraz bardziej rozbudowywany wątek indiańskiej rodziny Longshadow ratują "Banshee" przed nudą i sztampą. Ratują na tyle skutecznie, że mimo, jak widać wyżej, dosyć krytycznego tonu, polecam zarówno cały pierwszy sezon (cóż, przez niektóre odcinki trzeba przebrnąć), jak i finał tego serialu.

Podobnie jak w "True Blood", w "Banshee" pod koniec sezonu coś się kończy, ale coś się też już zaczyna. W finałowym odcinku mieliśmy wiele sygnałów, co nas czeka w kolejnych odcinkach. I bez wątpienia już możemy się spodziewać bardzo wiele. Nie dość, że policja trafiła na prawdziwego szeryfa (a raczej to, co z niego zostało), to jeszcze na scenę wkroczył... syn tegoż. W połączeniu z niedokończonym wątkiem Królika i intrygami Proctora stwarza to wybuchową mieszankę. Oby eksplozja w 2. sezonie "Banshee" była piękna.

REKLAMA