"Broadchurch" (1x01-03): Morderstwo na wybrzeżu

"Broadchurch" (Fot. ITV)

"Broadchurch" (Fot. ITV)

Małe miasteczko, morderstwo, śledztwo, rodzinny dramat. Sprawdzony przepis na sukces, pod warunkiem że odpowiednio obchodzi się z jego składnikami. Wszystko wskazuje na to, że twórcom "Broadchurch" się udało.

Ach, jakże piękne jest brytyjskie wybrzeże, jego krajobraz zapiera dech w piersiach. Niestety, nawet tak idylliczne miejsca nie są wolne od zbrodni i ludzkich dramatów. Tym razem ktoś dokonuje jednego z najcięższych przestępstw, jakie można sobie wyobrazić. Na plaży zostaje znalezione ciało 11-letniego chłopca – Danny’ego Latimera.

Gdzie zbrodnia, tam śledztwo. A to jest prowadzone przez bardzo niepasującą do siebie parę policjantów. Nie chodzi o to, że Ellie Miller i Alec Hardy (fani "Doktora Who" będą zachwyceni, w tej roli David Tennant) są nijacy, wręcz przeciwnie. Ta dwójka zwyczajnie się nie lubi i oboje mają swoje powody. Ellie jest wściekła, bo po powrocie do pracy dowiaduje się, że jej stanowisko zajął właśnie Alec. Jak pracować z facetem, który nie dość, że cię "podsiadł", to na dodatek jest ekscentrykiem i daje wyraźnie do zrozumienia, że śledztwo ma być prowadzone tak, jak on tego chce? To główne powody rosnącego między nimi napięcia, sprawiającego, że tak dobrze się ich ogląda.

Trzeba przyznać, że bohater grany przez Tennanta jest naprawdę wyrazisty. Nie pije kawy, brak mu ogłady w stosunkach międzyludzkich, choruje (o czym nie wie nikt z jego współpracowników), no i przede wszystkim skrywa jakąś tajemnicę, którą widzowie zapewne poznają w odpowiednim czasie. Dobrze się go ogląda, dobrze słucha - to idealny wręcz odtwórca głównej roli w kryminale. Ellie jest nieco inna – o wiele bardziej przeciętna matka dwójki dzieci, traktująca śledztwo bardzo osobiście, ponieważ zamordowany chłopiec był przyjacielem jej syna.

Nie ma zabójstwa bez ludzkiego dramatu, a już zwłaszcza gdy zamordowane zostaje dziecko. Rodzinie Latimerów brutalnie zostaje odebrany syn, brat, wnuk. Okazuje się jednak, że jeden z jej członków nie ma dobrego alibi na noc morderstwa, a niektóre poszlaki wyraźnie wskazują na jego niekorzyść. Możliwe, że prawda okaże się bardziej bolesna niż ktokolwiek mógłby to sobie wyobrazić. Wszystkie kłamstwa i rodzinne niesnaski już niedługo powinni wyjść na światło dzienne. Wygląda na to, że brudów do wyprania będzie naprawdę dużo.

Oczywiście podejrzanych jest więcej, jednak póki co wszystko opiera się głównie na domysłach i niewielkich poszlakach. Widzowie, wskazując potencjalnego mordercę/morderców, muszą przede wszystkim kierować się swoją intuicją, bo śledztwo rozwija się bardzo powoli. Nie znaczy to, że jest nudno, wręcz przeciwnie. Mamy czas na to, by dobrze poznać bohaterów i co jakiś ujrzeć kolejny element tej skomplikowanej układanki. Niezwykle intrygująca ostatnia scena 3. odcinka udowadnia, że jeszcze wiele przed nami.

"Broadchurch" bardzo dobrze ukazuje wpływ morderstwa na życie mieszkańców tytułowego miasteczka. Mimo że wszyscy wydają się niezwykle przejęci tym, co się stało, oglądając kolejne odcinki możemy mieć wrażenie, że każdy coś ukrywa i nic nie jest takie, jak myślimy. Nawet dzieci mają swoje tajemnice, dobrze skrywane przed dorosłymi. Rysą na szkle staje się niestety postać telepaty, przekazującego policjantom oraz matce Danny’ego wiadomość od zmarłego chłopca. Serial na pewno zyskałby dużo bardziej, gdyby w jego fabule nie znalazło się miejsce dla, nie jestem pewien czy to najlepsze określenie, zjawisk paranormalnych.

Poza tym jednym zgrzytem trudno właściwie przyczepić się do czegokolwiek. Fabuła rozwija się spokojnie, jednak nie na tyle, by nie zanudzić widza, a wręcz przeciwnie - by sprawić, żeby natychmiast chciał on zobaczyć kolejny odcinek. Śledztwo w sprawie morderstwa będzie trwało jeszcze kilka tygodni i myślę, że jeszcze nieraz zdąży nas ono czymś zaskoczyć. Kto o "Broadchurch" jeszcze nie słyszał, niech natychmiast nadrabia zaległości.

REKLAMA