"Gra o tron" (3x01): Nowa tura, podobne zasady

"Gra o tron" (Fot. HBO)

"Gra o tron" (Fot. HBO)

Z każdym sezonem zadanie twórców "Gry o tron" robi się coraz trudniejsze. Oczekiwania są większe, bo i serial staje się powoli kluczową popkulturową marką na świecie. Czy nowy sezon spełnia te oczekiwania? Spoilery.

D.B. Weiss i David Benioff, showrunnerzy "Gry o tron", nie są typowymi przedstawicielami branży. Obaj mają bardziej literackie niż telewizyjno-filmowe korzenie. Tak samo było z samym G.R.R. Martinem, który zanim rozpoczął pracę nad "Pieśnią lodu i ognia" był scenarzystą telewizyjnym (chociaż karierę zaczął w 1970 roku jako autor opowiadań sci-fi).

To powoduje, że sama "Gra o tron" jest nietypowym projektem, w którym nie tylko dialogi mają absolutnie kluczowe znaczenie, ale także w którym nie ma klasycznego podziału na najważniejszą historię A oraz wspomagające B i C w każdym odcinku. Skomplikowana proza Martina przekłada się na wielowątkową opowieść w każdym odcinku. Takie podejście do narracji może prowadzić na manowce bez naprawdę dobrej treści. Częściowo przez złe decyzje twórców, częściowo przez przez słabość materiału oryginalnego, 2. sezon był dużo słabszy niż pierwszy. Po prostu niektóre watki stały się męczące i nużące.

Widać, że Benioff i Weiss wyciągnęli wnioski z krytyki, która na nich spadła. Bo ich podejście może mieć sens tylko jeśli zarówno każdy z wątków będzie wciągający, jak i gdy będą zmieszane w odpowiednich proporcjach. Wyjątkiem był może odcinek "Blackwater" - uznawany za najlepszy w 2. sezonie - skoncentrowany tylko na Królewskiej Przystani. Jednak jeśli "Valar Dohaeris" jest zapowiedzią tego, co ma nadejść później, to podobnych odcinków raczej nie obejrzymy.

Ponad 1000 stron "Nawałnicy mieczy" - które jeszcze muszę przeczytać - ma się zmieścić w 20 odcinkach 3. i 4. sezonu. I już pierwszy odcinek zapowiada, że nie będzie tu typowej dla sezonu 2. straty czasu na nudnawe dialogi i nic nie wnoszące sceny. Od razu widzimy przyspieszenie. I widać też, że nie wszystkie wątki (na szczęście) będą równe.

W "Valar Dohaeris" najwięcej czasu spędzamy w Królewskiego Przystani, za Murem i w drodze do Astapor, gdzie przybywa Daenerys, by kupić armię potrzebną jej do powrotu na Żelazny Tron. Na szczęście wątek Daenerys (Emilia Clarke) i Nieskalnych zapowiada się dużo ciekawiej niż nużąca podróż przez pustynię w sezonie drugim. Daenerys w oskarżanym o seksizm i przedmiotowe pokazywanie kobiet serialu zawsze była jedną z najmocniejszych postaci żeńskich, i to powinno być dobrze widoczne w tym sezonie. Pomijając już fakt, że jej rozmowa z handlarzem niewolnikami i symultaniczne jej tłumaczenie były jednym z najbardziej zabawnych momentów nie tylko w tym odcinku, ale i w całym serialu. Wątek niewolnictwa powinien być o niebo ciekawszy niż porwanie smoków z sezonu drugiego. Smoki oczywiście podrosły, ale dla malkontentów będzie ich zapewne za mało w tym odcinku. Co ważniejsze, pod koniec pojawia się sam Barristan Selmy (Ian McElhinney).

Drugim mocnym punktem tego odcinka - chyba najsilniejszym - była sytuacja w Królewskiej Przystani. Zarówno mistrzowski dialog Tyriona (Peter Dinklage) z Cersei, jak i bardzo bolesna dla tego pierwszego rozmowa z ojcem. Tywin (Charles Dance) jest po śmierci Neda Starka prawdziwym samcem alfa Westeros. Kunszt scenarzystów w tej scenie jest naprawdę widoczny. Nie sposób nie współczuć Tyrionowi, który nie tylko został oszpecony, nie tylko jego zasługi w ratowaniu miasta (i rodu) zostały pominięte, ale także po raz kolejny przekonał się, gdzie jego rodzina widzi prawdziwe miejsce dla karła. Na pewno nie w Casterly Rock. "Dostaniesz to, na co zasługujesz" - mówi Tywin.

Ale nie tylko to dzieje się w Królewskiej Przystani. Margaery Tyrell (Natalie Dormer) pokazuje, że zarówno ona jak i jej ród będą groźnym przeciwnikiem dla Lannisterów. Wizyta w sierocińcu była znakomitym manewrem PR-owskim. Zwłaszcza na tle postępowania Joffreya, który trochę za bardzo wziął sobie do serca zasadą Machiavellego, że lepiej jest gdy poddani boją się władcy, niż gdy go kochają. Tywin także kierował się tą zasadą, ale bez zbędnego ekstremizmu. Najbardziej interesujące w "Grze o tron" były zawsze wątki pokazujące jak wielkie rody uprawiają Realpolitik i chłodno kalkulują każde posunięcie. Margaery dodaje do tego aspektu gry coś nowego, co pokazała wizytą w sierocińcu. To soft power ma być dużym zagrożeniem dla Lannisterów.

Za Murem sytuacja jest o wiele mniej skomplikowana. Gdy rody Westeros zajmują się same sobą, tuż pod ich nosem rośnie śmiertelne zagrożenie. Tymczasem Jon Snow (Kit Harington) zostaje chłodno przyjęty w obozie Dzikich. Na szczęście w tym odcinku poznajemy nie tylko giganty (przekonywujące efekty specjalne), ale i Króla Za Murem. W tej roli doskonale znany z serialu "Rzym" - gdzie zagrał Juliusza Cezara - Ciarán Hind. Jego powitanie z Jonem Snow było jedną fajniejszych scen całego odcinka.

Reszta - Stannis, ser Davos, Robb, Catelyn - jest tylko tłem. Na szczęście, bo większe rozwodnienie całego odcinka groziłoby tym, że każda postać miałaby w nim tylko przysłowiowe pięć minut.

Ambitny eksperyment HBO trwa. Pod względem skali, budżetu czy też stopnia skomplikowania opowieści, wymuszonej materiałem źródłowym, ten projekt nie ma w tym momencie żadnego odpowiednika. Oczywiście w "The Wire" historia opowiadana była w podobny sposób, ale był to serial zupełnie innej kategorii. "Gra o tron" staje się powoli popkulturowym fenomenem, przenikającym kulturę masową jak żadna inna produkcja. Dlatego też przed Benioffem i Weissem bardzo odpowiedzialne zadanie. Ich porażka zatrzymałaby nieco w rozwoju telewizji jako medium.

Na szczęście start 3. sezonu pokazuje, że zdają sobie z tego sprawę. Impet, który ma nowy sezon, widoczny w dialogach i w całym scenariuszu, daje nadzieję dla fanów tej produkcji. Ale niepokój pozostaje.