"Siostra Jackie" (5x01): Rozstania, powroty i nuda

Jackie Peyton wróciła. Jest czysta, ale jej życie wcale się dzięki temu nie polepszyło. Niestety, serial wcale dzięki temu nie zyskuje. Po ekranie zaczyna hulać nuda.

"Siostra Jackie" właściwie od początku emisji boryka się z porównaniami do "Doktora House’a". Te porównania są już nieaktualne, ponieważ "House" nawet w swoich najsłabszych momentach był lepszy niż to, co produkcja Showtime zaserwowała nam podczas swojego powrotu. Zmiana na stanowiskach prowadzących produkcję na niewiele się zdała, póki co wydaje się, że ci nie mają pomysłu na dalszy rozwój serialu, tak jak nie miały go osoby odpowiedzialne za poprzedni sezon. Cała historia powoli zjada własny ogon, a największa niestrawność grozi widzom.

Jackie jest teraz samotną matką coraz szybciej dorastających córek, mieszkającą pod jednym dachem z irytującą koleżanką (nie wiem, czy to najlepsze określenie) z pracy, opiekę nad dziećmi dzielącą z Kevinem, który czasem zachowuje się jak dupek. Właściwie trudno w jej życiu znaleźć jakiekolwiek pozytywy, zwłaszcza że nadchodzi dzień jej urodzin, czas podsumowań, jakich wolałoby się uniknąć. Wiele wskazuje na to, że będą to urodziny najgorsze z możliwych – dziewczynki spędzą je u Kevina, O’Hara decyduje się odejść z pracy, by nie przegapić ani chwili z życia jej syna. Główna bohaterka nieśmiało zaczyna spoglądać znowu w stronę tabletek, ale póki co wszystkie spływają w toalecie. No, prawie wszystkie, więc możemy się spodziewać, co wydarzy się w przyszłości.

W szpitalu też niewiele się dzieje. Co prawda trafiają do niego poszkodowani w wypadku autobusu, ale szczególnego zamieszania nie widać. W wirze tych niezbyt pasjonujących wydarzeń poznajemy dwóch nowo zatrudnionych lekarzy. Niestety póki co nie wydają się oni szczególnie interesujący. Sprawiająca wrażenie nieco puszczalskiej doktor Carrie Roman zdaje się nie radzić ze swoimi obowiązkami, czym irytuje Coopa, z kolei Ike Prentiss wykonuje je bez zarzutu. Dobrze, że producenci starają się odświeżać serię poprzez wprowadzanie nowych twarzy. Mam nadzieję, że zostaną nam one lepiej przedstawione w kolejnych odcinkach, a ich wątki bardziej rozwinięte.

U niektórych z dobrze znanych nam bohaterów praktycznie nic się nie zmieniło. Zoey nadal jest uroczo-wkurzająca (z coraz większym naciskiem na to drugie słowo), Coop próbuje dotykać kobiet w tych miejscach, od których ręce powinien trzymać z daleka, a Thor kręci się po szpitalu bez wyraźnego celu. Trochę więcej dzieje się u reszty dobrze nam już znanych osób. Eddie kolejny raz zostaje zatrudniony jako szpitalny farmaceuta, Gloria zdaje się powoli tracić kontrolę nad tym, co dzieje się w szpitalu, a O’Hara, jak już wspomniałem, korzysta z tego, że pracować nie musi, aby móc więcej czasu spędzać ze swoim synkiem. Póki co wątki (lub czasem ich wyraźny brak) wszystkich postaci zostały jedynie lekko naszkicowane, liczę na więcej w kolejnych tygodniach.

Cały problem z powrotem "Nurse Jackie" polega na tym, że dzieje się naprawdę niewiele. Przestałem sympatyzować z główną bohaterką, zwłaszcza że sumiennie zapracowała na wszystko to, co złego ją spotkało. Poza tym postać Jackie stoi w miejscu, w ogóle się nie rozwija. Co z tego, że pokonała niszczący ją nałóg, jeśli nadal tak samo nienawidzi ludzi, świata i swojego życia. Przydałby się jakiś impuls do jej wewnętrznej przemiany, która mogłaby być naprawdę interesującym wątkiem na resztę sezonu. Jedno jest pewne, coś musi się zmienić, inaczej będziemy oglądać w kółko tę samą historię.

REKLAMA